Menu +

Złota klatka

Bajka o tym, że hazard najczęściej prowadzi na dno

Od pokera wśród znajomych, wizyt w kasynach i spędzania wieczorów wśród kolorowych automatów można uzależnić się tak samo jak od nikotyny, alkoholu, heroiny, władzy i seksu. Świat rzeczywistego hazardu ma niewiele wspólnego ze scenerią słynnego filmu Wielki Szu, a zatrzymanie tej nieuleczalnej choroby trwa nieraz latami…

Jest listopadowa, ciemna noc. Godzina trzecia nad ranem. Na ostatnim piętrze akademika, w jednym z pomieszczeń gospodarczych, siedzi czterech młodych mężczyzn. W pokoju nie ma nic poza lampką oświetlającą kwadratowy stolik, talią nowych kart i czterema portfelami. Twarze mężczyzn, którzy grają tej nocy w pokera, nie mówią absolutnie nic. Na szali położyli wszystko, co mieli – oszczędności zarobione podczas kilkumiesięcznej pracy na Zachodzie, samochody, biżuterię, karty bankomatowe. Któryś z nich wyjdzie dziś wielkim szczęśliwcem. Inny straci wszystko.

Tak mogłaby się zaczynać jakaś studencka historia (przeniesiona w dzisiejszą rzeczywistość) o hazardzie, pisana przed dwudziestoma laty. Jarek, niegdysiejszy student oceanografii, dziś czterdziestoletni, spokojny samotnik, opowiada: – Kiedyś granie w pokerka było czynnością towarzyską, nie myśleliśmy o tym jak o hazardzie. Pewnego razu wygrałem równowartość miesięcznej pensji ojca i nowy rower. Wkrótce grałem już nie na imprezach, ale zamiast nich. Poznałem znaczną część trójmiejskich graczy w środowisku studenckim. Wtedy środowisko grających na ostro tworzyło enklawę – karciarz rozpoznał karciarza, jakoś się zawsze z nim zwąchał. Nie musiałeś nic o nim wiedzieć, ale umawialiście się na partyjkę i graliście. Jeśli ktoś wypadł z towarzystwa, bo przypilnowała go rodzina – po roku i tak szedł po zewnętrznej i wracał… Historia Jarka, jako jedna z nielicznych, kończy się dobrze. Udało mu się uporać z nałogiem. Po czwartym roku rzucił studia, wyjechał na Zachód, zaczął pracować, spłacił długi i postanowił nie grać przez najbliższe 10 lat. Teraz gra okazjonalnie z podobnymi sobie – byłymi nałogowymi pokerzystami, których spotkania po latach przypominają wspomnienia dziadków o podrywach z wczesnej młodości. – Ale nawet po 20 latach czuję te same fizyczne objawy. Gdy wygram – myślę o tym, by jutro pozwolić sobie na większe szaleństwo i podwoić pulę. Gdy przegram – cały drżę, boli mnie głowa, nie zasypiam, rzucam się z boku na bok. Na szczęście żona mi przypomina, że przez całą noc wygrałem czy przegrałem równowartość małego worka ziemniaków…

Kasyna, bary, automaty

Od czasów Jarka bardzo wiele się zmieniło. Dzisiejszy hazard, a przynajmniej ten, którym parają się studenci, wygląda zupełnie inaczej. Dziś grę w karty traktuje się jako klimatyczną zabawę, w akademikach rzadko natknąć się można na zgraną talię, a jeśli już ktoś gra – to głównie z amatorami, bez zakładów albo o niskie kwoty. Nie ma enklaw graczy, nie ma wielkich rozgrywek karcianych. Są za to kasyna, salony gier i tanie drink-bary z kolorowymi automatami. Marek, absolwent marketingu na nowosądeckiej WSB wspomina: – W naszej szkole znalazła się całkiem spora liczba gości, którzy cierpieli na nadmiar kasy. Kilka razy wyciągnęli mnie do kasyna. Niezły cyrk. Ekipa potrafiła rozwalić kilkaset złotych w ciągu godziny czy dwóch. Większość po kilku wyjazdach się uspokoiła. Inni przenieśli się na giełdę. Ale kilku poszło po bandzie i w ciągu roku czy dwóch po prostu się stoczyli. Kilku takich spotykam czasami do dziś – siedzą w jakiś ciemnych kantynach albo na dworcu i wrzucają do automatów ostatnie pięciozłotówki. Stracili kontakt z dawnymi przyjaciółmi, żyją sam na sam z maszynami.

Małgorzata Sieczkowska, psychoterapeutka pracująca z nałogowymi hazardzistami, uważa, że hazard jest uzależnieniem – chorobą izolacji. – Najpierw pojawia się izolacja podczas grania, bo uprawianie hazardu to w dzisiejszych czasach zajęcie indywidualne. Dawne gry karciane oferowane są dzisiaj przez automaty. Salony gier składają się z kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilkuset pojedynczych stanowisk do grania, wielu graczy na małym obszarze pozostaje zatem wobec siebie w całkowitej izolacji. Człowiek przeszkadza, a poza tym nie ma do spełnienia żadnej funkcji: tam istnieje tylko relacja człowiek – maszyna. Często też w kasynie czy zakładach bukmacherskich jest konkurentem. A więc to, że hazardzistów nie widzimy w akademiku czy na imprezie, nie świadczy w żadnym wypadku o tym, że ich nie ma. Przeciwnie: prawdopodobnie jest ich znacznie więcej niż kiedyś. Tyle że nie tworzą grup i są od siebie odizolowani. Najpierw trafiają w dobrym towarzystwie do porządnych kasyn, gdzie tracą kilkaset złotych tygodniowo, potem wstydząc się braku większej gotówki, przenoszą się do lokalnych salonów gier, by skończyć samotnie przy jednorękim bandycie w śmierdzącym lokalu. Jedynym sposobem, żeby oszacować ich ilość, jest próba zwrócenia uwagi na ciągle przybywającą ilość maszyn. O tym, że uzależnionych przybywa, świadczą też zwiększające swą objętość kartoteki instytucji prowadzących terapie dla uzależnionych od hazardu.

Hazard, czyli co

Słownik Języka Polskiego definiuje słowo hazard jako: ryzykowne przedsięwzięcie, którego wynik zależy wyłącznie od przypadku, ryzyko w grze lub narażanie się na niebezpieczeństwo, ryzykowanie. W języku francuskim słowem hasard, przypadek, traf, ryzyko. Początków tego słowa należy jednak doszukiwać się w języku arabskim, gdzie słowo az-zahr oznacza kostkę do gry lub grę w kości. Dziś pod pojęciem hazardu rozumiemy najczęściej wizyty w kasynach, salonach gier, gry na automatach, ruletkę, bingo i gry karciane. Hazardem są jednak wszelkiego rodzaju gry i zakłady, w których wynik jest zależny głównie od przypadku. Będzie to więc także totolotek, loterie pieniężne i losowe, wyścigi konne, konkursy audiotele oraz zakłady sportowe i – kwestia dyskusyjna – bukmacherskie. Coraz większą część hazardu stanowią obecnie kasyna i salony gier w Internecie, z których większość jest zarejestrowana w krajach, gdzie nie trzeba płacić podatku dochodowego.

Ruletka jak ecstasy

Jak to w ogóle możliwe, żeby uzależnić się od wrzucania kasy do automatu? Chociaż o wiele bardziej przemawia do nas fakt uzależnienia od przyjmowania jakiś substancji, nikotyny czy wódki, mechanizm jest ten sam. Dzieje się tak za sprawą jednego z hormonów, kortyzolu – tłumaczą niemieccy naukowcy, którzy zbadali akcję serca i poziom hormonów wydzielanych u osób grających w black jacka. Mark Griffiths, psycholog z Nottingham Trent University, zakłada, że duży pociąg do hazardu jest zwyczajnym nałogiem, podobnie jak mogą się nim stać seks, gry komputerowe, a nawet ogrodnictwo, pomimo iż czynności te nie łączą się z przyjmowaniem żadnej substancji. Jest ona jednak wytwarzana w organizmie. Badając podobieństwo reakcji organizmu pomiędzy graczem – hazardzistą a osobą pijącą alkohol, Gerard Meyer wraz z zespołem z uniwersytetu w Bremie przyglądał się dziesięciu grającym w black jacka mężczyznom. Najpierw stawiali oni własne pieniądze. Meyer mierzył im wtedy zmiany akcji serca i poziom kortyzolu w ślinie. Następnie zorganizowali badanie, podczas którego ci sami ludzie posługiwali się żetonami. Okazało się, że podczas gry o pieniądze zmieniała się akcja serca i podnosił się poziom hormonów. To jeszcze samo w sobie nie dowodzi, iż gra jest uzależniająca. Trzeba jeszcze dowieść, że podwyższony poziom kortyzolu podnosi poziom ważnych substancji neuroprzekaźnikowych takich jak dopamina.

Kiedy uważnie posłuchamy graczy, dowiemy się iż za każdym razem przechodzi ich lekki dreszczyk. Zdaniem wspomnianego naukowca jest to ten sam rodzaj euforii, jaki towarzyszy przyjmowaniu narkotyków, kiedy w organizmie uwalnia się znaczna ilość neuroprzekaźników – serotoniny i dopaminy. To właśnie dzięki ich zwiększonemu wydzielaniu ludzie zaczynają brać i pić. Gracze zaś odczuwają podobną euforię, bo ich organizm wytwarza substancję zastępczą.

Śmiertelny uścisk jednorękiego bandyty Skąd bierze się pociąg do hazardu? Wiele wskazuje na to, że część z nas po prostu go w sobie ma. Osoby z żyłką hazardzisty i dużym poczuciem odpowiedzialności, wybiorą bezpieczniejsze i akceptowane przez społeczeństwo namiastki jak totolotek czy audiotele. Ale tak naprawdę nie ma bezpiecznych gier hazardowych. Uzależnienie nie wiąże się z konkretną grą, istotniejsze jest to, jak ważna staje się ono w życiu gracza. Różnica pomiędzy sporadycznym graczem a uzależnionym hazardzistą jest cienka. Zdaniem dr. med. Bohdana Woronowicza, psychiatry i specjalisty terapii uzależnień, przeciętna osoba traktuje grę jako zabawę, chociaż często chciałaby wygrać. Wyznacza sobie ona pewien limit. Osoby grające sporadycznie zakładają prawdopodobieństwo przegrania określonej kwoty i wliczają ją w koszta zabawy. Zupełnie inaczej sprawa wygląda z osobami, których dotknął tzw. patologiczny hazard. Jest to choroba, sklasyfikowana w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10. Doktor Woronowicz wyjaśnia, iż siłą napędową patologicznego hazardu jest potrzeba przeżywania silnego napięcia, jakie pojawia się podczas gry. Wygrana zwiększa w uzależnionych graczach poczucie mocy i popycha do dalszej gry. Przegrana powoduje spadek szacunku do samych siebie i zmniejsza poczucie kontroli. Niejednokrotnie powoduje też żądzę odzyskania straty. Paradoksem w tej sytuacji jest to, że wielu hazardzistów jest w rzeczywistości bardziej zadowolonych z przegranej, gdyż ta zmusza ich do odgrywania się i pozwala na dalszą grę, a tym samym umożliwia dalsze przeżywanie stanów napięcia. określa się

Beata Widecka, która pracuje w salonie gier na Śląsku, nie ukrywa, że praca w tym miejscu wymaga znacznego znieczulenia się na losy tutejszych bywalców. – Nasi goście to w zasadzie sami mężczyźni w wieku 20–40 lat. Jeśli widzę kogoś po raz czwarty czy piąty w ciągu miesiąca, to wiem, że prawie na pewno będzie tu wracał już zawsze. Nic o nich nie wiem, ale widzę, że przychodzą, żeby się wyluzować. Wchodzą lekko zdenerwowani, czasem trzęsą się im ręce, zamawiają piwo, wychylają je duszkiem, kupują żetony, grają, w ciągu dwóch godzin wypalają paczkę papierosów, wychodzą i nazajutrz wracają. Nieraz wpadają po nich dobrzy kumple, matki, żony czy nawet małe dzieci. Chcą ich zabrać do domu. Napatrzyłam się na awantury, prośby, płacz. Przeważnie nic nie dają. Goście albo wcale się nie odzywają i grają dalej, albo wychodzą, by wrócić po godzinie czy dwóch. Obraz, jaki przedstawia, idealnie pasuje do portretu hazardzisty, który rysują psychologowie. Do cech osoby uzależnionej od hazardu zalicza się: niezdolność i niechęć zaakceptowania rzeczywistości (stąd ucieczka do świata marzeń), niepewność emocjonalną (złudne poczucie bezpieczeństwa podczas grania) i ogólną niedojrzałość (widoczną w chęci posiadania wszystkich najlepszych rzeczy z życia bez żadnego wysiłku). Nałogowych hazardzistów cechuje tzw. marzeniowe planowanie. W świecie nierealnych fantazji kupują domy, wyjeżdżają na Hawaje, sponsorują sierocińce. Kiedy przegrywają – cierpią nieludzko i grają dalej, by odbudować świat marzeń. Życie bez tego świata byłoby dla nich nie do zniesienia.

Równia pochyła

Kiedy dojdzie już do uzależnienia, co może trwać zarówno kilka lat, jak i kilka miesięcy, przybiera ono cztery fazy. Pierwsza to faza zwycięstw: gra się w niej okazjonalnie, fantazjuje na temat wygranych, które powodują narastające pobudzenie. Obserwuje się w niej coraz częstsze zakłady i wyższe stawki. Człowiek zaczyna wierzyć w to, że zawsze będzie zwycięzcą, a w przypadku osiągnięcia Wielkiej Wygranej dąży do jej powtórzenia (nieuzasadniony optymizm). Druga faza to faza strat: stawiając na wysokie zakłady, naraża się na wysokie straty. Zaciąga wysokie pożyczki, próbuje się odegrać; w przypadkach powodzenia wygrane idą na spłaty długów. Hazardzista zaczyna grać kosztem pracy i domu. Unika wierzycieli i ufa, że wkrótce nastąpi kolejna wygrana. Trzecia faza to faza desperacji. Następuje w niej separacja od rodziny i przyjaciół, utrata pracy i narastające długi. Presja wierzycieli popycha często ku przestępstwom, a te prowadzą do wyczerpania psychicznego. Pojawiają się wyrzuty sumienia, poczucie winy, depresja. Faza ostatnia to faza utraty nadziei: rozwody, poczucie beznadziejności, myśli i/lub próby samobójcze. Dla uzależnionych, którzy znaleźli się w czwartej fazie, pozostaje: ucieczka w inne uzależnienie, więzienie, śmierć (samobójstwo lub z ręki wierzycieli) albo rozpoczęcie leczenia.

Gdzie szukać pomocy

Światowa Organizacja Anonimowych Hazardzistów (Gamblers Anonymous), działająca na podobnych zasadach i lecząca podobnymi metodami jak grupy AA (tzw. 12 kroków), nie zostawia złudzeń: uzależnienie od hazardu jest chorobą postępującą i chroniczną, która nigdy nie może być wyleczona. Może natomiast być zatrzymana. Na początku hazardzista musi zaakceptować fakt, że jest w jej szponach i musi pragnąć podjąć leczenie. Z pewnością mogą mu pomóc spotkania AH: grupy AH spotykają się stale w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie i Zielonej Górze. Informacji udzielają poradnie ds. uzależnień, wiedzą o nich też miejscowi terapeuci, psychiatrzy, często też parafie. Wykaz miejsc i godzin spotkań znajduje się na stronie: www.anonimowihazardzisci.org. Podstawowa terapia musi być prowadzona przez wykwalifikowanego terapeutę uzależnień. Ośrodki specjalistyczne działają między innymi we Wrocławiu, Lubiążu, Szklarskiej Porębie, Gnieźnie i Warszawie. W miastach, gdzie brakuje terapeutów specjalizujących się w leczeniu hazardzistów można zwrócić się po poradę do tradycyjnych ośrodków odwykowych, gdyż początkowo terapia wszystkich uzależnień przebiega identycznie.

Wszyscy nałogowi hazardziści w ostatniej fazie udanej terapii, a więc po oddaniu długów lub na etapie ich znacznego spłacenia, odzyskują zdolność do bliskiego kontaktu z ludźmi, znów patrzą na ludzi jak na przyjaciół, a nie jak na pieniądze.

W trakcie pisania artykułu korzystałem z materiałów zawartych w czasopiśmie Świat Problemów Małgorzaty Sieczkowskiej i artykułu pt. Patologiczny hazard autorstwa dr med. Bohdana Woronowicza (tekst zamieszczony na stronie Centrum AKMED: www.akmed.zdrowie.net)

Kiedy hazard staje się twoim życiem? Kiedy stajesz się od niego uzależniony? Kiedy powinieneś wybrać się na profesjonalną terapię? Informacji i pomocy szukaj na stronie: www.anonimowihazardzisci.org Cezar, kości, karty i sam diabeł… Powszechnie uważa się, iż hazard w dzisiejszej jego formie zaczął się rozwijać dopiero na początku lat 70., głównie na Zachodzie. Tak naprawdę jest on jednak stary jak świat. Pierwsze ślady prowadzą do starożytnego Rzymu, gdzie Klaudiusz przerobił wnętrze swego powozu tak, aby  móc grać w kości podczas podróży, a Juliusz Cezar wraz z Markiem Antoniuszem większość swego wolnego czasu spędzali, grając w kości lub obstawiając walki kogutów. Polską przypadłością były od zawsze karty, które już od średniowiecza spędzały sen z oczu duchowieństwu, usiłującemu z nim bezskutecznie walczyć. W jednej z legend, mówiącej o trójce karciarzy, którzy umówili się na pokera w Zielone Świątki, nowo przybywającym do stolika graczem okazuje się jegomość, który zamiast stóp ma … kopyta. Kto więc gra w karty, ten brata się z samym diabłem…

Przedruk artykułu z :
http://kiosk.onet.pl/magazyn/1298853,1690,1,artykul.html