Menu +

Ruletka – reportaż

Agnieszka Jucewicz

Kiedy inne dzieci bawiły się w dom, ona uczyła się grać w karty. W liceum grała już o pieniądze. Potem przestała się liczyć rodzina, przyjaciele, faceci. Była tylko gra – euforia, poczucie mocy i ten czerwony dywan w kasynie, jakby ktoś rozwinął go specjalnie dla niej.

 

Dzieci ciągnęły ją na podwórko. A ona głucha, sama z sobą grała w chińczyka, w warcaby, w pchełki. Mama z dumą zaglądała do pokoju. Zabawki równiutko ustawione na półce. Dziecko grzeczne i ciche, gra. – To rozwija – mówił dziadek.
I uczył Magdę trików w kanaście. Na 11. urodziny dostała Monopol. Taka była podniecona, że całą noc nie spała.
A potem zebrała dzieciaki i grała, dopóki nie zgarnęła wszystkiego. Hotele, domy, kilka banków i ciężarówkę pieniędzy.
Poszła do liceum, żeby nie robić przykrości mamie. Tam nauczyła się grać
za pieniądze. Co wygrała, to wydała. Lubili ją koledzy. Dobry kumpel z tej Magdy.
No i respekt budziła.

Kochała się tylko w tych trudnych, którzy lubili wypić, podkraść, zagrać ryzykownie. Ale miłości były przelotne, szybkie jak rundka warcabów.

Bingo!
Był rok 1993. Pierwszy raz poszła ze znajomymi do salonu bingo, który właśnie otworzyli na Marszałkowskiej. Magdzie aż oczy rozbłysły, gdy zobaczyła rzędy stolików, rozgorączkowanych ludzi, numerki wyświetlane na tablicy. I ten radosny, elektryzujący okrzyk, kiedy ktoś wygrał. Bingo! Za oknem szara ulica, zwykli ludzie ze zwykłymi problemami. A w środku raj. Akcja. Kolorowe życie. Nie przestała, dopóki nie odegrała się z nawiązką. Potem zaprosiła wszystkich na drinka
do drogiej knajpy. Kiedy wracała zmęczona taksówką, pod powiekami przepływały obrazy: plaża, jachty, luksusowy dom i znajomi, którym Magda zafundowała dwa tygodnie na Fidżi. Za swoją wielką wygraną.

Pierwszy raz
Aż przyszedł wieczór, kiedy nikt ze znajomych nie miał ochoty na wypad do salonu
Wsiadła w samochód, żeby tę energię „rozjeździć”, i nie wiadomo kiedy trafiła na Marszałkowską. Gdy wchodziła na antresolę salonu, nogi miała jak z waty. Bo jak to? Kobieta? Sama? O tej porze w salonie bingo? Bała się, że ją wezmą za kurwę. Z tego wstydu usiadła przy pierwszym stoliku w kącie. Zobaczyła jednak, że każdy jest pochłonięty sobą. Jakby świat dla nich nie istniał, tylko ta plansza
i te numerki. I nagle poczuła taki zastrzyk energii, jakby wypiła kilka kaw.
O 5 rano wyszła z grubym portfelem. Czuła się lekka, pewna siebie, wyjątkowa.

Trzy lata później
Każdy dzień był taki sam. Poza Wielkanocą i Bożym Narodzeniem, kiedy wszystkie kasyna były zamknięte. Z trudem znosiła rodzinną celebrę. Była jak napięta struna. Wystarczył byle pretekst, żeby wywołać awanturę.

Poza tym jej zwykły dzień wyglądał tak:

8.00 pobudka,
9.00-17.30 firma farmaceutyczna, stanowisko: księgowa,
18.00-20.00 drzemka,
21.00 wyjście do kasyna,
21.00-4.00 gra,
4.00-8.00 sen.

Jakieś książki, filmy, koncerty? Żadnych. Spotkania z przyjaciółmi? Sporadyczne, dla podtrzymania iluzji, że funkcjonuje społecznie. Marcie mówiła, że spotyka się
z Anią. Ani, że z Karoliną. Rodzicom, że ma kolejną wielką miłość, chociaż żadnego faceta im nie przedstawiła. – Oj, na pewno poznacie go na moim ślubie – śmiała się. Z wesela brata uciekła po godzinie. Powiedziała, że ma ważnych gości
z zagranicy. Pojechała do kasyna. Chrzest kuzyna, pogrzeb ukochanego dziadka, urodziny siostry. Wie, że na nich była, tylko ze zdjęć. Niczego nie pamięta.

Tylko tę wielką niechęć. Że znowu ktoś od niej czegoś chce. Że znów musi kłamać, żeby się nie wydało. Że nie zdąży do kasyna. A tam? Czeka Wielka Wygrana Jej Życia, za którą chce bliskim zafundować wspaniałe prezenty. A oni, głupi, ciągle tylko mają pretensje, że jest nieczuła, że ucieka, że trudno się z nią porozumieć. Kiedy matka płakała po kolejnej wizycie córki, która wpadała na obiad raz na dwa tygodnie i ledwo co odburkiwała na zadane pytania, Magda wybiegała, trzaskając drzwiami. „Histeryczka”, myślała. „Stara, marudna baba”. Ale jak wygrała, kupowała matce złoty naszyjnik, a ojcu telewizor. Żeby nie myśleli, że taka z niej zła córka.

Królowa kier
Koleżanki wokół zaczęły wychodzić za mąż. Rodziły dzieci. Patrzyła na to
z pobłażliwym uśmiechem: „Zupki, kupki to nie dla mnie”. Nie brała dzieci na ręce, bo bała się, że ją ubrudzą. Wiecznie obślinione, zaplamione. Koleżankom mówiła, że ma inne priorytety. Że jest wyemancypowana. W pracy szło jej świetnie.
Znowu ją awansowali, zarabiała więcej. I cieszyła się, że będzie więcej na granie.
Znajomym zwierzała się, że nie jest gotowa na stały związek. Że kręcą ją flirty, te pierwsze chwile romansu, kiedy oczy płoną, a ręce drżą. I naprawdę w to wierzyła. Zwłaszcza kiedy wygrała. Czuła w sobie taką moc. Taką wyjątkowość. Była lepsza od tej całej czeredy ludzi, którzy grzęzną w zwyczajnym, monotonnym życiu bez celu. A ona była królową świata! Jedynym jej prawdziwym i wiernym kochankiem był automat do gry. Lojalny był. Dostępny całą dobę. Nie narzekał, nie wymagał. Nie mogła się z nim kochać,
ale też nie czuła takiej potrzeby. Czasami, kiedy przegrała dużą sumę, szła
do łóżka z jednym z facetów z kasyna.

Ostatnie takie wakacje
Wybrała Cypr. Co roku jechała na wakacje do ciepłego kraju, do luksusowego hotelu. Co najmniej cztery gwiazdki, bo tylko w takich było kasyno. Na tę wycieczkę wzięła kredyt. I koleżankę, żeby mieć towarzystwo. Kiedy koleżanka spała, Magda wymykała się z pokoju grać. A kiedy koleżanka chciała się bawić, wszczynała awanturę i zostawiała ją na dyskotece albo w barze i szła grać.

Nie pamięta, jak tam było. Czy były góry? Czy było zielono? Jaka była plaża? Owszem, chodziła na plażę dla pozorów i liczyła: przepływające łódki, ręczniki – gładkie i w paski – kąpiące się dzieci, mężczyzn sprzedających świecidełka. Parzyste – dzisiaj wygra, nieparzyste – może być ciężko. A w drodze do hotelu liczyła: schodki, płyty chodnikowe, numery rejestracyjne samochodów. Czasem liczyła piegi koleżanki, patrząc na jej twarz, albo ile razy wypowiedziała literę „a” w jednym zdaniu. Niezależnie od tego, co jej wyszło, szła grać. Na Cyprze źle jej poszło. Przegrała wszystko, co miała.

Powrót królowej
Po przyjeździe od razu poszła do kasyna. Pożyczyła od znajomego.
To była niesamowita noc. Rozbiła bank. Dwóch bysiów z ochrony podeszło do niej i powiedziało, że ma odebrać pieniądze. Krzyknęła: „Spierdalać!”. Miała w dupie te pieniądze. Chciała grać dalej, mocniej, aż się zmęczy. Następnego dnia odebrała całą kwotę. Dwa dni później przegrała wszystko. Grała całą dobę. Bez jedzenia, bez picia, bez fajek.

Sześć lat później

Była po uszy w długach. Kredyty w banku, znajomi, przyjaciele, rodzina. Kiedy ktoś pytał, dlaczego pożycza, skoro tak świetnie zarabia, wymyślała: komunia chrześnicy, remont mieszkania, pożyczka dla rodziców, kupno samochodu. Zaciągała kolejny kredyt, żeby spłacić poprzedni. Po sześciu latach przegrała tyle, że mogłaby sobie za to kupić dwa duże mieszkania w centrum Warszawy. Na szczęście rachunki za mieszkanie płaciła. Resztki instynktu samozachowawczego.

Kiedy już nikt nie chciał jej pożyczać i zaczęła kraść w pracy i sprzedawać biżuterię, przyszło jej do głowy, że może coś jest nie tak z tym jej hobby. Że może trzeba się zacząć kontrolować. Założyła sobie najpierw, że do kasyna wejdzie z 500 złotymi, a jak je przegra, idzie do domu. Raz jej się udało. Później zamiast do domu szła prosto do bankomatu po pieniądze. Wymyśliła inny sposób: gra tylko do północy. Ale nigdy nie udało się jej wyjść przed 3.00 rano.

Wtedy postanowiła naprawić swoje stosunki z ludźmi. Udało się jej przez miesiąc. Potem wracała ze spotkań,  kładła się,  a o 1.00  jechała do kasyna i płakała z bezsilności, że nie może inaczej. Wymyślała sobie od kurew, szmat, od najgorszych. A kiedy parkowała pod kasynem, wszystko znikało jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wchodziła do środka jakby szła po czerwonym dywanie. Rzeczywiście był tam czerwony dywan, ale nikt go specjalnie dla niej nie rozwinął.

Raz spróbowała poszukać psychologa. Wzięła książkę telefoniczną i zaczęła dzwonić. Usłyszała: uzależnienie od alkoholu, od narkotyków – zapraszam, ale nie hazard. Z hazardu nie leczymy. To ją utwierdziło w przekonaniu, że wszystko jest ok. To po prostu wymagające hobby, któremu oddaje się sercem i duszą, ciałem i umysłem.

Królowa pik

Piątkową noc spędzała jak zwykle w kasynie hotelu Grand. Spłukała się już w salonie bingo, a teraz próbowała się odegrać. Na automatach. Przysiadła się do niej starsza kobieta. Zapytała, czy może popatrzeć. Magda coś odburknęła  i dalej waliła w automat. Zmieniła go na inny, bo jej nie szło. Potem jeszcze inny. Kobieta szła za nią jak cień.  Dwie godziny później Magda nie miała ani grosza. Wyszła. Kobieta za nią. Poprosiła , żeby ją podwieźć, był środek nocy, a ona nie miała na taksówkę. Magda, sama nie wie dlaczego, się zgodziła. Kiedy jechały , kobieta zaczęła mówić. O tym, że codziennie widuje Magdę w kasynie, że hazard to diabeł. Że sama jest hazardzistką, ale już nie gra, tylko przychodzi i patrzy.  Że to silniejsze od niej.

Dodała:  „Chodzę w soboty na  spotkania dla hazardzistów i jest mi lepiej, bo oni czują to, co ja, rozumieją. „

Zapytała Magdę, czy chce przyjść na takie spotkanie. Ta powiedziała, że jej to nie dotyczy. Kiedy kobieta wysiadła, wcisnęła Magdzie swój numer telefonu, zapisany na wizytówce z kasyna. –„ Na wypadek gdyby zmieniła pani zdanie…”

Pas

W nocy Magda nie mogła spać. Była środa. Do soboty postanowiła pożegnać się z hazardem. Przez te dni grała codziennie do 6. W sobotę rano wypaliła paczkę papierosów, wypiła trzy kawy i poszła miting. Kilku facetów, tamta kobieta i ona. Świeczka na stole, modlitwa o pogodę ducha, której Magda nie rozumiała. Banda świrów! Sekta. Jednak po kilku spotkaniach zobaczyła, że może się dowiedzieć, co to jest rozczarowanie, gniew, poczucie krzywdy, poczucie mocy, odprężenie. Do tej pory odróżniała tylko dwa uczucia: radość z wygranej i złość z powodu przegranej.

Po każdym spotkaniu wiedziała o sobie coraz więcej. Czuła się jak puste tekturowe pudełko. Była takim pudełkiem bez uczuć. Jednak z miesiąca na miesiąc pudełko zaczęło się napełniać. Pojawił się wstyd, żal, rozpacz, bezsilność, poczucie winy. Wracała pamięć. Czuła się tak, jakby ktoś obudził ją z długiego, zimowego snu.

Zaczęła się zastanawiać, dlaczego. Może to geny dziadka-karciarza? Bo rodzice byli przecież dla niej dobrzy. Miała ciepły dom, kochającą rodzinę. Mamę, która była z niej zawsze dumna. Ale ta duma była dla Magdy dużym ciężarem. Chciała  być wzorową uczennicą, świetnym pracownikiem, dobrą córką. W kasynie mogła „poluzować krawat” i rozprostować nogi. Nie musiała odgrywać żadnej roli.

Pierwsze miesiące abstynencji miała klasyczne objawy odstawienia. Tak jak trzeźwiejący alkoholik albo narkoman. Bóle głowy, drżące ręce, rozbiegane myśli. Cała w środku się trzęsła. Niewyobrażalne cierpienie. I głód. Za tym, żeby jeszcze raz zagrać. Ostatni raz…

Kiedy nie mogła spać dzwoniła do ludzi z mitingu.  Wkrótce zaczęła się z nimi spotykać codziennie po pracy, u kogoś w domu, przy herbacie.

Zaczęła rozumieć, że hazard to choroba, że musi nauczyć się żyć od początku. Nauczyć się czuć, kochać, rozładowywać napięcie inaczej niż przy automacie. Czuła się jak małe dziecko, które uczyć się chodzić i poznaje coraz więcej, poza dziecinnym pokojem. Pamięta jak w pierwszym roku trzeźwienia odkryła, że istnieją pory roku. Jak pachnie powietrze wiosną.  Ile radości sprawia kwitnąca w parku magnolia. Jak smaczne są  czerwcowe truskawki. Kiedy spadały pierwsze jesienne liście, wydeptała chyba wszystkie ścieżki na swoim skwerze, nie mogąc się nacieszyć ich szelestem.

Po pół roku chodzenia na mitingi zdecydowała się na terapię indywidualną. Potem pojechała na leczenie zamknięte do Ośrodka Terapii Uzależnień w Charcicach. Wzięła udział w sześciotygodniowym programie leczenia. Poznawała siebie i mechanizm nałogu. W ciągu dnia oglądała filmy o uzależnieniu, chodziła na wykłady psychologów, poddawała się terapii indywidualnej i grupowej, a w nocy pisała prace o emocjach, hazardzie, powrocie do zdrowia. To był przełom. Sześć tygodni przyspieszonego dojrzewania. Mówi, że to właśnie tam nauczyła się pokory, współodczuwania, a przede wszystkim pokochała siebie taką , jaka jest. To było najtrudniejsze…

Spotkała Boga i zaczęła z Nim rozmowę, która trwa do dziś. Pyta Go  jak ma postąpić, jak sobie wybaczyć. Prosi Go, żeby wytrwała. Dziękuje  za wszystko: za piękny dzień, za udaną rozmowę, i za te lata grania, które pozwoliły im się razem odnaleźć.

Powoli zaczyna wracać do świata.

W zeszłym roku przystąpiła do spowiedzi życia. Po kilku godzinach rozmowy z księdzem, poczuła, jak wielki kamień spada jej z serca.

Zdała sobie sprawę ilu ludzi skrzywdziła, ile oszukała. Poczuła, że musi im zadośćuczynić za  to cierpienie. Chciała stanąć na rondzie, które mijała codziennie w drodze do kasyna i wykrzyczeć swoje winy …

Zamiast tego zaczęła  wyznawać prawdę bliskim. To były trudne, bolesne  rozmowy. Niektóre kończyły się pretensjami, inne wzmacniały przyjaźń, dodawały jej skrzydeł.

Rodzicom nie powiedziała do dziś, chociaż mija siódmy rok jej trzeźwości.

Mówi, że nie chce złamać im serca. I tak ma poczucie, że tyle razy ich zraniła . Są już starzy. Boi się, że tej prawdy o niej by nie przeżyli. Dzwoni do nich codziennie. Robi zakupy, zabiera na spacer i do teatru. Organizuje rodzinne spotkania. W weekendy spotyka się z przyjaciółmi hazardzistami. Dom ma zawalony książkami. Filmów nie ma już gdzie składać. Na wakacje jedzie do SPA, nad polskie morze, żeby trochę schudnąć.

Miłość? Marzy o związku dwóch ciał i dwóch dusz, o  pięknej romantycznej historii . I nie traci nadziei. Modli się o to. Tylko smutno jej że nie będzie mieć już dzieci. Ma 42 lata. „Już za późno”, mówi. I ma wątpliwości czy byłaby dobrą matką.

Czy jest wolna od hazardu? Mówi, że do choroba do końca życia. Ma nadzieję, że już nigdy nie zagra, ale czasem jeszcze zdarza się  jej hazardowy sen. Budzi się zmęczona, zlana potem. Pamięta wszystko: układy, cyfry, dźwięk maszyn. To sygnał, że musi uważać. Robi się wtedy czujna. Dzwoni do kogoś z grupy, żeby się wygadać.

Na siebie sprzed lat patrzy jak na chore dziecko. Współczuje mu. Nie ma do niego pretensji. Bo czy można mieć pretensję do dziecka, że jest chore?

Treść tego artykułu znajduje się w miesięczniku “Zwierciadło 8/2006”.

Opublikowano za zgodą autorki.