Cardiff, 18 kwietnia 2007 roku, godz. 10.39 czasu miejscowego.
Michel
Platini, szef UEFA, otwiera kopertę, lekko się uśmiecha: - Pologne et Ukraine...
...jeeeest! - wyrywa się z gardeł kilkudziesięcioosobowego polsko-ukraińskiego
sztabu.
- Jeeeest! - krzyczą ludzie przed telebimami w Gdańsku,
Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu.
Na stołecznej giełdzie inwestorzy biją
brawo i rzucają się do składania zleceń. Kursy spółek budowlanych strzelają w
górę.
Z tego, że Polska wspólnie z Ukrainą będzie organizatorem Euro
2012, cieszy się również wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska.
- Znaleźliśmy miliard złotych na ośrodki sportowe, najważniejszy jest
stadion w Warszawie - ogłasza na naprędce zwołanej konferencji. Ten miliard ma
pochodzić ze zmian w ustawie o grach losowych oraz z nowej gry - wideoloterii.
Jeśli Sejm zaakceptuje pomysły Ministerstwa Finansów, co roku organizację
mistrzostw zasili 250 mln zł.
- Dlaczego propagujecie hazard - Marek,
który w swoim życiu przegrał wszystko, krzyczy do telewizora - a nie chcecie
wziąć odpowiedzialności za to, że hazard uzależnia.
Patologiczny hazard
jest chorobą, jak alkoholizm czy narkomania. Ma nawet swój numer statystyczny.
F.63.
Dobrze ta Gilowska kombinuje
Dźwięk przychodzącego SMS-a elektryzuje Marka.
- Może
znowu hazard do mnie dzwoni - mówi, a potem pokazuje kilka zapisanych
wiadomości.
"MEGA koncert w Sali Kongresowej? Chcesz wygrać podwójny
bilet? Wyślij TAK na...".
"Czy lubisz oglądać telewizję? Wyślij TAK lub
NIE na numer... Każdą odpowiedź nagradzamy!".
"ASTERIX I WIKINGOWIE w
kinie! Wyślij BILET na numer... w ciągu 5 min i wygraj 2 bilety w cenie 1".
"Podsyć mundialowe emocje. Wyślij SMS o treści GOL i wygraj ekstra bilet
na Superpuchar Ekstraklasy. Najlepsi wygrywają!".
- Mam pacjentów,
którzy wysyłają po sześćset SMS-ów dziennie. I tak śmigają palcami po
klawiaturze, że trudno uwierzyć - mówi Lubomira Szawdyn, psychiatra, terapeutka
uzależnień, która hazardem zajmuje się od 45 lat.
Marek, anonimowy
hazardzista: - Gra jest wszędzie. Automaty stoją w knajpach i na stacjach
benzynowych. W telewizji odbywają się konkursy audiotele. Kupując napój
gazowany, możesz wygrać auto. Linie lotnicze Ryanair zamierzają uruchomić w
samolotach wirtualne kasyna, a pewien duży sklep reklamował swoje otwarcie tym,
że będzie kasyno. Mało tego! Robiłem ostatnio zakupy w supermarkecie, doszedłem
do kasy, zapłaciłem, a tu kasjerka podaje mi zdrapki. Okazuje się, że robiąc
zakupy, nieświadomie brałem udział w grze. Odmówiłem przyjęcia zdrapek, ale
prawdę mówiąc, z trudem. Przez moment poczułem się jak alkoholik, któremu
wciskają butelkę wódki. Zrobiłem się zły, bo nie dość, że gry są wszędzie, to
jeszcze niektórych nie da się uniknąć.
Lubomira Szawdyn: - Do tego
dokłada się totolotek ze swoimi gigantycznymi wygranymi. Bukmacherka, zdrapki,
konkursy to przedszkole hazardu.
Marek: - No dobra! Taki jest system i
już. Alkoholik też nie może wymagać, by ze sklepów i knajp zniknął alkohol. To
jasne. Ja tylko chcę pokazać, jak wielki jest rynek związany z grą. Zresztą
jestem przekonany, że rząd też to widzi.
Lubomira Szawdyn: - Dobrze ta Gilowska kombinuje, bo w hazardzie
są pieniądze. I powstrzymać się tego nie da, bo ludzkość szaleje, ma coraz
więcej kasy i chce się bawić. Ludzie chcą przeżywać ten dreszcz emocji. W
porządku. Tylko ktoś musi później leczyć tych, co się uzależnili. A w Polsce
nawet nie wiadomo, jak wielkie jest to zjawisko, bo nie ma żadnych badań na ten
temat.
Marek: - Według Enrique Echeburuy, profesora Kliniki Psychologii
Kraju Basków, w Hiszpanii jest 1,5 mln osób bezpośrednio uzależnionych od
hazardu, z czego 31 procent to kobiety. W USA i Kanadzie oblicza się, że około 2
proc. dorosłych ma problemy z hazardem. Jedyną daną na temat uzależnionych od
hazardu w Polsce jest rosnąca liczba mityngów Anonimowych Hazardzistów. Teraz
jest ich już 15. Niedawno powstał też polskojęzyczny mityng w Londynie.
Lech Ciercioł, dyrektor Zakładu Terapii Uzależnień i Współuzależnień w
Siemianowicach Śląskich: - Jeśli premier Gilowska wprowadzi swój pomysł w życie,
będziemy mieli co robić.
Ojciec zrobił go
wspólnikiem, a on go okradł
Niewielka salka. Wokół stołu
siedzi kilka osób.
Zaczyna się mityng Anonimowych
Hazardzistów.
Na stole tort. Pali się sześć świeczek.
Marek (44
lata, żona, dziecko, skończone technikum budowlane, własna działalność
gospodarcza) świętuje, bo nie gra od pięciu lat.
Pochyla się, zdmuchuje
świeczki i zaczyna opowieść. Nie mogę jej przytoczyć. Na mityngu obowiązuje
pełna anonimowość.
Co innego, gdy spotykamy się prywatnie.
Marek
ma za sobą sześciotygodniową terapię zamkniętą, terapię otwartą, kilkaset
mityngów AH, kilkadziesiąt przeczytanych książek. Jest zaprawiony w rozmowach o
hazardzie.
- Hazard to choroba emocji - zaczyna swój monolog.
A
potem opowiada o swoim despotycznym ojcu, który go lał za najmniejsze
przewinienie.
O swojej matce, która, choć nie godziła się na agresję
ojca, nie potrafiła go powstrzymać.
O tym, że był gruby i koledzy się z
niego śmiali. No, chyba że miał pieniądze.
O tym, że ojciec wydzielał mu
kasę, więc zaczął okradać matkę. A potem wieczorami marzył, że kiedyś jej
wszystko odda. A nawet zabierze ją w podróż dookoła świata.
O tym, że
gdy był już dorosły, to najpierw pracował po 16 godzin w Niemczech, a potem
wszystko przegrał i musiał prosić o pomoc ojca. A miał już wtedy żonę i córkę.
O tym, jak ojciec zrobił go wspólnikiem, a on go okradał. Na przykład
opowiadając, że pewne sprawy można załatwić tylko za pomocą łapówek. A potem
przegrywał pieniądze na rzekome łapówki.
O tym, że żona podejrzewała go
o romans, bo przychodził późno, nie miał ochoty na seks, wciąż był bez pieniędzy
i do tego nie śmierdział alkoholem.
O tym, że najpierw obiecał, że
będzie się leczyć, a potem pozwolił użyć firmy zarejestrowanej na żonę do
wyprania trefnej kasy.
O tym, jak za te pieniądze siedział dzień i noc przy maszynie do
gry. Z bolącym kręgosłupem, z pełnym pęcherzem, bo nie mógł się oderwać, by
pójść do toalety,
O tym, jak ojciec płakał, stojąc przed salonem gier.
I wreszcie o tym, że pewnego wieczoru zdał sobie sprawę z tego, jak jest
strasznie. Chciał płakać, ale nie mógł. Chciał porozmawiać, ale nie miał z kim.
Pomyślał, że skoczy z mostu.
- Zamiast tego zadzwoniłem do zamkniętego
ośrodka odwykowego w Gnieźnie. Powiedzieli, że po pierwsze, muszę zapłacić, a po
drugie, miejsce będzie dopiero za osiem tygodni. Nie dałem się zbyć. Dzwoniłem
codziennie, aż mi powiedzieli, że mogę przyjechać za trzy tygodnie. Musiałem
tylko zapłacić i utrzymać abstynencję. Wyjechałem do rodziny w Rzeszowie.
Zacisnąłem zęby. Wytrzymałem, poszedłem na terapię, od tamtej pory nie gram.
To było moje dno
- Nie ma
różnicy między uzależnieniem od alkoholu a uzależnieniem od hazardu - mówi
Kazimierz, który na mityngach AH przedstawia się jako alkoholik i hazardzista.
Kazimierz ma 51 lat, z wykształcenia jest technikiem ceramikiem, pracuje
jako serwisant automatów z gorącymi napojami. Nie ma żony, nie ma dzieci.
- Pamiętam, jak kumpel zaprowadził mnie do kasyna. Grałem na automatach
i trzykrotnie zgarnąłem najwyższą stawkę. Pomyślałem, że wreszcie stanę na nogi.
W ciągu kilku lat przegrałem wszystko.
- To znaczy?
- Cyfry nie
mają znaczenia. Jak tylko dostawałem jakieś pieniądze, to natychmiast je
przegrywałem.
Pamiętam, jak na drugiej terapii alkoholowej zapytali, co
robię, gdy nie piję. Odpowiedziałem, że zakładam dobry ciuch i idę do kasyna. I
nawet nie zauważyłem, że to mówię. Nawet nie pomyślałem, że hazard wchodzi w
miejsce alkoholu. Siedząc przy black jacku, czułem się jak gość. High life! Z
jednej strony słynny piłkarz, z drugiej znany aktor, gadamy se o pierdołach, a
tu jeszcze przychodzi kelner i pyta, czy podać to co zwykle. Jasne, że podać!
A później to już nawet nie musiałem pić. Bo emocje większe, bo się
łudziłem, że w ten sposób kontroluję grę.
Robiłem sobie zakazy w
kasynach. Pisałem podanie, żeby mnie nie wpuszczać, po pewnym czasie
przychodziłem, a oni, że mam zakaz. No to co? Nie chcecie mojej kasy? Mówili, że
jeśli chcę grać, to muszę napisać podanie, w którym anuluję to, co napisałem
wcześniej. Prosiłem o kartkę i już.
Pewnego dnia rano wyszedłem z mojej
nory, żeby jak zwykle kupić piwo. Patrzyłem, jak ludzie biegną do tramwaju.
Jakaś kobieta poganiała dziecko. Pomyślałem, że wszyscy mają jakiś cel. Chciałem
się pomodlić, kiedyś byłem ministrantem, ale nie pamiętałem żadnej modlitwy. To
było moje dno.
Postanowiłem zamknąć się w szpitalu. Znalazłem miejsce w
Koszalinie, ale zażądali pieniędzy. Byłem bez kasy, szukałem dalej. Na mityngu
AA dowiedziałem się o warszawskim ośrodku na Sobieskiego. Zamknąłem się na sześć
tygodni.
Przestałem pić i grać.
Na początku wydawało mi się, że
będę żyć jak inni. Nie piłem, miałem pracę, przyjaciół, dziewczynę, ona miała
syna, było OK. I nagle odeszła. Nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć. Chciałem
się oderwać, wejść w iluzję szczęścia, więc poszedłem do kasyna. I chodziłem
codziennie przez dwa tygodnie. W końcu wytłumaczyłem sobie, że ludzie się
rozstają. Poszedłem na mityng AH, zacząłem nad sobą pracować. Bo żeby się
odstawić od hazardu, trzeba zrobić dokładnie to samo co z
alkoholem.
Kazimierz bierze oddech i pyta, czy może coś powiedzieć o
pomyśle wicepremier Gilowskiej.
- Bo ten pomysł to tragedia. Jak
rzuciłem picie, atakowały mnie reklamy piwa. W każdej bramie widziałem porzucone
butelki. Nienawidziłem widoku Marriotta, denerwowały mnie salony gry, totolotki
w telewizji. Teraz uważam, że wszystko jest dla ludzi, ale atakowanie
niedojrzałych jest nie fair. To już nie jest zabawa. Tymczasem dzieci od
najmłodszych lat żyją w świecie gry, wystarczy tylko zdrapać, wygrać, wysłać.
Dlatego denerwuje mnie, że rząd promuje hazard. Dlatego chciałbym, żeby
publiczne media były wolne od hazardu. Zamiast audiotele wolałbym, żeby się
publicznie mówiło, że gry mogą uzależnić i zniszczyć człowiekowi życie.
Pani wicepremier wyrwała się przed
szereg
Dzwonię do Ministerstwa Finansów i mówię, że chciałbym
porozmawiać o hazardzie.
- Niesamowite, jak to wszystkich interesuje -
ożywia się Jakub Lutyk, rzecznik ministerstwa. - Jakbyśmy na podstawie telefonów
mieli ocenić, co jest najważniejsze dla Polaków, to by się okazało, że większość
żyje ustawą o grach losowych. Na drugim miejscu byłyby biopaliwa, a dopiero na
trzecim waloryzacja rent i emerytur.
W sprawie hazardu do ministerstwa
dzwonią studenci, którzy piszą prace magisterskie, zagraniczni inwestorzy,
którzy pytają o obowiązujące w Polsce prawo. Ale najliczniejsza grupa telefonów
pochodzi od przedstawicieli firm zajmujących się hazardem.
- Dzwonią i
płaczą, jak im to źle idzie, jak ta ustawa o grach losowych ich wykańcza. Jak
bardzo się boją, że nowelizacja pójdzie jeszcze dalej. Lamentują, a jednocześnie
na biurku dyrektor Cendrowskiej rośnie plik podań o koncesję - mówi Lutyk i na
dalszą rozmowę zaprasza do ministerstwa.
No to idę.
Niewielki
gabinet pana rzecznika. Za biurkiem obok Lutyka siedzi Anna Cendrowska, zastępca
dyrektora departamentu służby celnej. Okazuje się, że hazardem w Polsce zajmują
się celnicy.
- Mam cztery pytania - mówię. - Po pierwsze, chciałbym
wiedzieć, na czym polega zmiana ustawy o grach losowych, o której wspomniała
wicepremier Gilowska.
Jakub Lutyk odpowiada, że niewygodnie mu o tym
mówić, bo projektu jeszcze nie ma, a pani wicepremier wyrwała się przed szereg.
Anna Cendrowska dodaje, że założenie jest takie, żeby zwiększyć
przychody budżetu państwa o 250 mln złotych.
- A co to jest ta
wideoloteria, którą chce wprowadzić pani wicepremier
Gilowska?
Cendrowska: - To gry prowadzone na interaktywnych urządzeniach
połączonych w sieć. Pozwalają na kumulację stawek i wygranych. Mogą być
umieszczone wszędzie, podobnie jak automaty o niskich wygranych.
- Ile
faktycznie Polacy będą musieli wrzucić, żeby rocznie do budżetu wpłynęło o 250
mln złotych więcej?
Dyrektor Cendrowska zaczyna opowiadać o
skomplikowanym systemie podatkowym. Upraszczając sprawę: kasa z hazardu wpływa
do budżetu dwoma strumieniami. Pierwszy, tak zwana dopłata do stawek, idzie w 80
proc. do Ministerstwa Sportu, a w 20 proc. do Ministerstwa Kultury. Po trzech
kwartałach 2006 roku było tego w sumie 413 mln zł.
Drugi strumień
pieniędzy pochodzi z podatku od gier. Po trzech kwartałach 2006 z tego tytułu do
budżetu wpłynęło prawie 648 mln zł.
Nowelizując ustawę o grach losowych,
Ministerstwo Finansów zamierza wzmocnić pierwszy strumień o 200 mln zł i o 50
mln drugi.
Ministerstwo szacuje, że 200 mln zł uzyska z rozszerzenia
obowiązku dopłat do stawek na wszystkie gry. Do tej pory obowiązek ten dotyczył
tylko gier objętych monopolem państwa.
Natomiast 50 mln zł zamierza
uzyskać, podnosząc zryczałtowany podatek od automatów z niskimi wygranymi. Dziś
jest to 125 euro od maszyny, a ma być 185.
- Gdyby to było takie proste,
to po co rządowi wideoloteria - mówi Marek i tłumaczy, że jak rząd dokręci śrubę
firmom zajmującym się hazardem, to spadną ich dochody, a wraz z nimi wpływy z
tytułu podatku dochodowego. - Tę różnicę, i to z naddatkiem, zrekompensuje
wideoloteria. Z moich obliczeń wynika, że jeśli Zyta Gilowska chce uzbierać
swoje dodatkowe 250 mln rocznie, to Polacy rocznie będą musieli wydać na hazard
o prawie 500 mln zł więcej.
Kto zapłaci za
nowe stadiony
Siedzimy z Markiem przy biurku i analizujemy
"Dane ekonomiczno-finansowe dotyczące rynku gier i zakładów wzajemnych za trzy
kwartały 2005 i 2006 roku".
Ministerstwo Finansów przesłało cztery tabelki.
W
pierwszej są przychody.
W 2005 roku wyniosły 3 668 445 000 zł.
W
2006 roku - 5 835 123 000 zł.
Marek wyciąga kalkulator i zaczyna liczyć.
- Wychodzi, że w rok wydajemy na hazard prawie 8 mld zł. Dla porównania, w
czasie szeroko nagłaśnianego XV Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy
zebrano trochę ponad 30 mln złotych. Jeśli założymy, że Finał WOŚP-u byłby
codziennie i gdyby Polacy za każdym razem byli tak samo hojni, to w rok zebrano
by niespełna 11 mld zł.
Zaglądamy do drugiej tabelki, która przedstawia
"liczbę podmiotów, ośrodków gier oraz punktów gier".
Okazuje się, że
kasyn jest tylko 27 i że przez rok ich liczba się nie zmieniła.
Upadły
też wszystkie trzy salony bingo.
Za to liczba miejsc, w których
przyjmowane są zakłady bukmacherskie, wzrosła z 1573 do 1981. Dokładnie o 25
proc.
Liczba punktów z automatami o niskich wygranych skoczyła z 8685 do
11 935. Wzrost o 37 proc.
Czas na trzecią tabelkę, która opisuje
"przychody i ich strukturę w podziale na rodzaje gry".
W trzech
kwartałach 2006 roku najwięcej kasy Polacy wrzucili do automatów o niskich
wygranych - ponad 1,7 mld zł. Potem jest totolotek: 1,6 mld złotych i salony
automatów: 1 mld zł. Dla porównania - w kasynach Polacy zostawili 780 mln zł.
- Masz odpowiedź na pytanie, kto zapłaci za nowe stadiony. Na pewno nie
faceci w muszkach, z cygarem w ustach i szklaneczką whisky w ręku. Na pewno nie
te piękne kobiety w futrach, z koliami diamentów na szyi. Zapewniam cię, że tacy
nie grają na automatach i to nie oni są główną klientelą totka - mówi Marek.
Masowy problem
drżączki
Siedzę w gabinecie doktora Bogusława Habrata,
kierownika oddziału uzależnień w warszawskim Instytucie Psychiatrii i
Neurochirurgii, i opowiadam, jak do niego trafiłem.
- Zadzwoniłem do
Ministerstwa Zdrowia i zapytałem, czy mają jakieś dane na temat liczby rodaków
uzależnionych od hazardu. Odesłali mnie do profesora doktora habilitowanego
Marka Jaremy, krajowego konsultanta w dziedzinie psychiatrii. Tam dowiedziałem
się, że profesor wyjechał do Chile, ale w sumie to bez znaczenia, bo on takich
statystyk nie ma. I skierowano mnie do pana.
Dr Bogusław Habrat: - Nie
oszukali pana. Z tym że ja też nie mam żadnych badań. Kiedyś, przy okazji
kongresu na temat patologicznego hazardu, przebadaliśmy alkoholików i
heroinistów. Wśród heroinistów tylko jedna osoba miała coś wspólnego z hazardem,
wśród alkoholików aż 12 procent.
Później sprawdzę, że według Państwowej
Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych liczba rodaków uzależnionych od
alkoholu to ok. 800 tysięcy osób. 12 procent z tej liczby to 96 tysięcy.
Ale na razie dr Habrat opowiada o hazardzie: - Jestem klinicystą i
zajmuję się uzależnieniami od substancji. Uzależnienia niesubstancjalne traktuję
marginalnie. Wydaje się jednak, że oba rodzaje uzależnień mają wspólną
patogenezę...
- ...może pan mówić prościej!
- Człowiek ma określony poziom hedonii. Jedni mają tak, że do
szczęścia wystarczają im wydarzenia dnia codziennego, inni mają większe potrzeby
i są niezadowoleni. Tacy ludzie mają skłonności do nerwic, depresji. Część z
nich zauważa, że są rzeczy, które ich dostymulowują. Na przykład alkohol czy
hazard. Niektórzy fiksują się na jednym środku, inni stymulują się wieloma.
- Czym różni się alkoholizm od uzależnienia od hazardu?
- W
sensie psychologicznym różni się mało. To jest ten sam sposób stymulowania
dopaminowego. Różnica polega na tym, że przy hazardzie mamy stymulację w
granicach fizjologicznych, a przy alkoholu wprowadzamy substancję z zewnątrz,
która podnosi dawkę tysiąckrotnie. Obserwujemy jednak taką prawidłowość, że
pacjenci zaleczeni od alkoholu, utrzymujący abstynencję, rzucają się w wir
innych rzeczy, kompensując sobie brak alkoholu.
Najczęstszymi sposobami
kompensacji są seks, praca i hazard.
- Jeśli seksoholik trafi na taką
samą osobę jak on, to nie ma w tym większego społecznego problemu. Pracoholik
jest wręcz mile widziany. Hazardzista zaczyna kłamać, kraść, zaciągać długi -
mówi doktor Habrat.
- Ustawa o grach losowych była już zmieniana
kilkakrotnie. Czy Ministerstwo Zdrowia zamówiło kiedyś badania na temat
uzależnienia od hazardu? - pytam.
- Nigdy - odpowiada dr Habrat.
- A czy uzależnienie od hazardu może być problemem masowym?
-
Niech pan zobaczy, co się dzieje, gdy jest kumulacja w totku. Nawet najbardziej
rozsądni ludzie nagle dostają jakiejś drżączki i ustawiają się w kolejce, żeby
kupić los.
Jesteś hazardzistą, udawaj
alkoholika
Ustawa o grach losowych była nowelizowana
kilkanaście razy.
Ani wcześniej, ani teraz urzędnicy nie wpadli na pomysł
przeprowadzenia badań nad hazardem.
Tym bardziej nikomu nie przyszło do
głowy, by 1 proc. z hazardu przeznaczyć na leczenie hazardzistów i profilaktykę
antyhazardową.
- A wnioskowałam o to wielokrotnie - denerwuje się
Lubomira Szawdyn, terapeutka uzależnień. - Pamiętam, że za Kołodki był w
Ministerstwie Finansów departament do spraw gier i zakładów wzajemnych.
Wchodziło się od ulicy Traugutta. Byłam tam dziesiątki razy i za każdym razem
mnie wyrzucano.
Anna Cendrowska z ministerstwa: - Przeglądałam białą
księgę nowelizacji ustawy o grach losowych i nie zauważyłam nazwiska Szawdyn.
Zresztą jeżeli chodzi o leczenie, to pieniądze z hazardu trafiają do budżetu, a
stamtąd zasilają publiczną opiekę zdrowotną.Sęk w tym, że nawet jeśli zasilają,
to na pewno nie idą na leczenie hazardzistów.
Dr Bogusław Habrat: -
Większość zakładów opieki zdrowotnej nie udziela pomocy hazardzistom. Lekarze
psychiatrzy są wychowani w rozumieniu ciężkich przypadków, hazard jest
traktowany jak problem moralny, problem słabej woli. Uważa tak zresztą nie tylko
większość lekarzy, ale i społeczeństwa.
To po pierwsze.
Po
drugie, niewiele jest miejsc, które zajmują się terapią uzależnienia od hazardu.
Na stronie www.hazardziści.org.pl ogłaszają się trzy takie miejsca.
Jednym z nich jest Zakład Terapii Uzależnień i Współuzależnień w
Siemianowicach Śląskich. - Kiedyś, jeszcze za czasów kas chorych, wysłano do nas
pacjenta uzależnionego od hazardu. Odpowiedziałem, że leczymy alkoholików, ale
możemy go przyjąć, jeśli oni dadzą kasę. Odpowiedzieli, że nie mogą refundować
leczenia hazardzisty w ośrodku leczenia alkoholu. No to zmieniliśmy statut,
wystąpiliśmy o refundację i płacą - opowiada dyrektor Lech Ciercioł.
Problem w tym, że niewiele poradni uzależnień rozszerzyło
działalność poza alkohol i narkotyki.
- Dlatego jeśli ci biedacy chcą się
leczyć, a nie mają pieniędzy na prywatnego terapeutę, muszą podawać się za
alkoholików - mówi Lubomira Szawdyn.
W styczniu, w rozmowie z radiową
"Trójką", Andrzej Troszyński z biura prasowego Narodowego Funduszu Zdrowia
przyznał, że jednym z powodów, dla których tak się dzieje, może być fakt, że NFZ
za leczenie alkoholików płaci więcej.
Porno
przegrywa dziesięciokrotnie
Jest rok 2006. Za kilkanaście dni
w Niemczech zaczną się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Tymczasem w Polsce
rusza reklamowa ofensywa hazardu internetowego.
Reprezentant polski
Maciej Żurawski uśmiecha się z billboardu firmy bukmacherskiej.
Inna
firma bukmacherska zostaje oficjalnym sponsorem reprezentacji Polski.
Jeszcze inna firma bukmacherska reklamuje się na całej stronie w
"Playboyu", że wyniki naszej reprezentacji obstawia u niej ponad 198 tysięcy
graczy.
A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że internetowy hazard
jest w Polsce nielegalny. Podobnie jak jego reklama.
Media kpią z
urzędników, że bukmacherzy ich ograli, a ci nie reagują.
I tak zostało
do dziś. Dowód: w czasie tegorocznych finałów mistrzostw Polski w koszykówce na
jednym z bannerów otaczających boisko mrugała i świeciła reklama kasyna
internetowego.
- Hazard online napędzany przez rosnącą fascynację
pokerem i rozwój szerokopasmowego internetu szybko staje się rozrywką masową -
mówił w 2005 roku "Gazecie" Ben Macklin, starszy analityk amerykańskiej firmy
badawczej eMarketer i współautor raportu na temat światowego rynku hazardu
online.
- Ludzie grają w internecie także w inne gry kasynowe, loterie,
bingo, obstawiają wyniki wyścigów konnych i wydarzeń sportowych, a nawet
uprawiają gry zręcznościowe na pieniądze.
Z obliczeń analityków
eMarketera wyszło, że w 2005 roku przychody z gier hazardowych w internecie
sięgnęły 10,9 mld dolarów. Przy czym - uwaga! - jako przychody rozumieją oni
pieniądze wpływające do internetowych kasyn już po odjęciu wypłat dla
wygrywających graczy.
Wydatki na hazard online przewyższają
dziesięciokrotnie wydatki na pornografię internetową. Amerykańscy internauci
dwudziestokrotnie więcej postawią w grach, niż wydadzą na kupno muzyki - czytamy
w raporcie eMarketera.
Zdaniem ekspertów od e-hazardu do rosnącej
popularności pokera przyczyniły się dwie rzeczy. Po pierwsze, telewizyjne
transmisje turniejów pokerowych. Po drugie, Chris Moneymaker, 28-letni były
księgowy z Tennessee, który zakwalifikował się do wielkiego turnieju World
Series of Poker 2003. Moneymaker stał się medialną gwiazdą po tym, jak zaczął
grę z 39 dolarami, a zgarnął ze stołu 2,5 mln dolarów.
Jakby wiedzieli, że gram
Mieszkanie na
warszawskim Ursynowie.
Zasłonięte żaluzje, wszechobecny zapach tysięcy
wypalonych papierosów.
Na regale odgradzającym kuchnię od pokoju stoją
dwie książki: "Żyć w rodzinie i przetrwać" oraz "Żyć w tym świecie i przetrwać".
Krzysztof, 47 lat, z wykształcenia ekonomista, z zawodu handlarz
internetowy, zaparza herbatę.
- Najgorsze, że nie stać mnie na to
mieszkanie. Czuję się jak posiadacz rolls-royce'a, którego nie stać na benzynę.
Sprzedać nie mogę, bo jest zapisane na rodziców. Nie chcą na mnie przepisać, bo
się boją, że je przegram i skończę na dworcu. Może i słusznie - marudzi, kręcąc
się po kuchni.
Kilkanaście miesięcy wcześniej Krzysztof odkrył kasyna
internetowe.
- Pamiętam, że w nawale spamu zaczęły pojawiać się reklamy.
Niby ich nie otwierałem, niby ignorowałem, ale kątem oka czytałem: "dostaniesz
200 dolarów za darmo". I to po polsku, bo te kasyna, mimo że są zarejestrowane
na Gibraltarze, Malcie i Cyprze, mają serwis w języku polskim. Oferują nawet
kontakt z operatorem mówiącym po polsku. Pewnego dnia nie wytrzymałem i
wszedłem. Przeczytałem, że w sumie w ogóle nie muszę wpłacać pieniędzy, bo mogę
grać za tak zwane "fun money". Dają ci 5 tysięcy takich niby dolarów i możesz
tłuc, ile chcesz. Trzeba się tylko zarejestrować, podać podstawowe dane, mail i
tyle.
Zacząłem oglądać automaty, kilka tygodni trenowałem za te "fun
money". Poznawałem wroga i główkowałem. Na przykład, że jeśli wpłacę 200 dolarów
i dostanę od nich 200 dolarów, to chwilę pogram i wypłacę sto. Niestety
przewidzieli taką okoliczność. Jak się wczytałem w to, co napisali drobnym
drukiem, to się okazało, że owszem, można wypłacić te ich pieniądze, ale pod
warunkiem, że na koncie będzie więcej, niż się włożyło. Czyli trzeba trochę
wygrać.
No dobra! Podałem numer karty kredytowej łącznie z numerami
kontrolnymi, otworzyli mi rachunek, przelałem sto dolarów i stówę dostałem od
nich.
Przegrałem.
Zrobiłem kilka takich prób i doszedłem do
wniosku, że tych ich pieniędzy po prostu nie można wyjąć.
Poza tym
bardzo szybko zauważyłem, że gra zaczyna się dopiero wtedy, gdy wpłaca się
własną kasę. Wtedy maszyny jakby ożywają. Wygrywasz, przegrywasz, coś zaczyna
się dziać. No to machnąłem ręką na te ich prezenty i grałem już tylko za swoje.
Po każdym ciągu, na gigantycznym poczuciu winy, obiecywałem sobie
poprawę. Zaczynałem odrabiać straty, pojawiały się pieniądze i... znów lądowałem
w kasynie. I codziennie dostawałem kolejne spamy z reklamą jakiegoś kasyna.
Jakby się uparli. Jakby wiedzieli, że gram.
I grałem.
W końcu
wpadłem na pomysł, że jak nie będę mieć pieniędzy na karcie kredytowej, to nie
będę grał. Przeniosłem pieniądze na konto, do którego nie mam karty. Jak
chciałem pobrać kasę, to musiałem iść do banku albo zrobić przelew, który idzie
24 godziny. Ale przecież handluję w internecie, więc czasem muszę mieć kasę na
karcie. Poza tym płacę rachunki przez internet. Przelewałem więc potrzebną
kwotę, zaczynałem płacić i gdy wpłaciłem mniej więcej połowę sumy, pojawiała się
uporczywa myśl, żeby za resztę sobie zagrać.
- Nie możesz zablokować
komputera? - pytam.
- Znalazłem dwa specjalne programy. Jeden jest
darmowy, ale nie sposób go założyć, bo nigdzie nie mogę kupić odpowiedniej
wtyczki. Drugi mógłbym zamontować, ale trzeba za niego zapłacić, a mnie
aktualnie nie stać.
- Ile kosztuje ten program?
- 40 dolarów
rocznie.
1 procent na
zdrowie
- Za pomocą kasyn internetowych hazard wchodzi pod
strzechy - mówi terapeutka Lubomira Szawdyn, a ja pytam Ministerstwo Finansów,
czy przy okazji nowelizacji ustawy o grach losowych sprawa hazardu w internecie
zostanie uregulowana.
Anna Cendrowska, zastępca dyrektora departamentu
służby celnej: - Rozważaliśmy legalizację hazardu w internecie w formie monopolu
państwowego. Ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu ze względu na zagrożenia:
możliwość prowadzenia gier bez ograniczenia czasowego, słabe mechanizmy kontroli
nad udziałem nieletnich oraz pranie brudnych pieniędzy.
Jakub Lutyk,
rzecznik Ministerstwa Finansów: - Nowa ustawa wprowadza wyraźny zakaz hazardu w
internecie.
Cendrowska: - Jeśli ktoś wygra, może być pociągnięty do
odpowiedzialności za czerpanie dochodu z nielegalnego źródła.
I tyle,
jeśli chodzi o hazard w internecie.
A co z procentem na leczenie i
profilaktykę?
- W całej Europie jest tak, że ci, co czerpią zyski z
hazardu, oddają procent na leczenie. Mój kolega dostał nagrodę od królowej
brytyjskiej za to, że prowadzi ośrodek dla bezdomnych hazardzistów - mówi
Lubomira Szawdyn.
Marek: - Uważam, że w Polsce pieniądze na leczenie i
profilaktykę powinny płynąć od firm, które żyją z hazardu, oraz z 1 proc. od
wygranych. Jako że wygrane w trzech kwartałach 2006 roku wyniosły prawie 4 mld
zł, można szacować, że procent w skali rocznej wyniósłby ponad 50 milionów
złotych. Za te pieniądze powinno się powołać coś na kształt Państwowej Agencji
Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.
Jakub Lutyk: - Tym mogłyby się
zająć organizacje pozarządowe. Mimo że sam pracuję w administracji rządowej, mam
ograniczone zaufanie do państwa. Po co tworzyć nowy biurokratyczny byt.
Anna Cendrowska: - Przecież można też uzależnić się od zakupów lub
internetu. Czy w związku z tym należy obłożyć sklepy dodatkowym podatkiem? Albo
dostarczycieli sprzętu internetowego?
Marek: - Dzięki procentowi z
hazardu można by było badać wszystkie uzależnienia niesubstancjalne. Niech rząd
wreszcie weźmie odpowiedzialność za to co, sam robi! - denerwuje się i dodaje: -
Jeśli państwu tak zależy na stadionach, to może niech przestanie przejmować się
alkoholikami. To byłyby dopiero oszczędności.
Źródło: Duży Format
|