Kontrola

Moderator: kaśka

Kontrola

Postprzez Kasia » 29 Kwi 2006, 14:21

Myślę,że sprawa kontroli jest nierozerwalnie związana z dolegliwością współuzależnienia. I jakże trudno jest przyjąć do wiadomości fakt, że kontrola naszego hazardzisty, jego życia na nic się nie zda.Nie jesteśmy w stanie upilnować go, by nie grał, wymusić na nim, by podjął leczenie. Tak na prawdę życie z nieustanną potrzebą kontroli bardzo nas zniewala.Powoduje,że czujemy wręcz jakiś wewnętrzny przymus sprawdzania, kierowania rzeczywistością naiwnie sądząc,że sprawy potoczą się tak jak nimi pokierujemy.Wiąże się to z trwaniem w ciągłym napięciu, stresie. Kontrola ogranicza nas, pozbawia możliwości pracy nad sobą i samorozwoju.
Przez ok. 10 lat naszego małżeństwa nie wiedziałam,że mąż gra.Oczywiście przyjmowałam jego tłumaczenia dlaczego nie ma pieniędzy, dlaczego musi tak ciężko i nieustannie pracować itd. Jednak przez cały ten czas gdzieś w środku, intuicyjnie wiedziałam,że coś jest nie tak,że jest jakiś "świat", jakaś " rzeczywistość" która jest jego światem, a nie moim. Nie umiałam tego nazwać, bo nie wiedziałam co to jest, ale miałam poczucie,że to "coś" staje barierą między nami, jest murem, przez który nie da rady się przebić.No i oczywiście sprawdzałam, chciałam się dowiedzieć z czym mam do czynienia- szukałam czegoś w portfelu, w kieszeniach, intensywnie myślałam i kombinowałam. Gdy dowiedziałam sie że to hazard, dalej moja kontrola szła już w powiedzmy konkretnym kierunku. Myślę,że ta moja kontrola była bardziej w moich obsesyjnych myślach niż w czynach, była wiecznym zamarwianiem się, była kontrolowaniem godziny nocnych powrotów do domu "z pracy". Przez całe lata byłam żoną wyglądającą swojego męża "zza firanki", spałam jak zając, zawsze przy zapalonym świetle, dopóki on nie wrócił.To było dawno,ale wciąż te wspomnienia wywołują żywe emocje...
Dziś jest inaczej, stopniowo wyzwalałam się z tych obsesyjnych zachowań kontrolowania, oczywiście nie sama, z pomocą Siły Wyższej, innych ludzi, grupy wsparcia. Wiem,że i tak niczego nie zmienię stosując kontrolę, zaakceptowałam moją bezsilność wobec hazardzisty i jego choroby.
" Postęp zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy kontrolować to,czego kontrolować się nie da i kiedy zamierzamy poprawić to, co mamy prawo zmienić. Jeżeli zgadzamy się na sytuację pełną cierpienia i niepewności jest to nasza wina, a nie innej osoby. Tylko MY możemy coś z tym zrobić" ( "Dzień po dniu w Al-Anon")
Kasia
 
Posty: 162
Rejestracja: 08 Paź 2005, 21:19
Miejscowość: Poznań

Postprzez Kasia » 29 Kwi 2006, 15:03

Chciałabym jeszcze zwrócić na jeden aspekt kontroli w moim życiu, który niestety tkwi nadal. Otóż całkiem niedawno zdałam sobie sprawę,że ja kontroluję zachowanie mojego męża wobec córek. Bacznie uważam na to co mówii w jaki sposób zwraca się on do dziewczyn i jeśli nie jest po mojej myśli zwracam mu uwagę, głośno komentuję, czasem się obrażam. Czyli nie odpuszczam sobie tego, niestety. Zastanawiałm się dlaczego tak jest, właściwie przez całe życie tak było. Myślę sobie, że siłą rzeczy pałeczkę nad wychowaniem dzieci przejęłam ja, i chyba nadal uzurpuję sobie wyłączne do tego prawo. Wydaje mi się,że brzydko mówiąc odwaliłam "dobrą robotę" i trochę się obawiam, by ktokolwiek inny tego nie zepsuł.Ale cieszę się,że dane mi było to zauważyć,no cóż nasz proces zdrowienia to nie krótkie kilka tygodni to znacznie, znacznie dłużej. Przynajmniej nie mamy prawa narzekać na nudę!
Kasia
 
Posty: 162
Rejestracja: 08 Paź 2005, 21:19
Miejscowość: Poznań

Postprzez lola » 30 Kwi 2006, 12:18

Moja kontrola posunęła się jeszcze dalej. Kiedy przyznał się do grania zaczęłam jeździć z nim do pracy. Wyglądało to tak, że on jeździł od klienta do klienta, a ja jak pies siedziałam w samochodzie i czekałam.
Miałam nadzieję, że jak go trochę popilnuję to mu ta choroba przejdzie.
Oczywiście w tedy nie pracowałam. W tym czasie nie grał i mogliśmy spłacić garstkę długów. Jednak długo tak nie można. Jemu odeszła ochota do pracy, a ja zaniedbałam dom i dzieci.
lola
 
Posty: 134
Rejestracja: 02 Kwi 2006, 01:01
Miejscowość: Gdańsk

Postprzez Andrea » 01 Maj 2006, 10:02

Kasia napisała:
" Postęp zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy kontrolować to,czego kontrolować się nie da i kiedy zamierzamy poprawić to, co mamy prawo zmienić. Jeżeli zgadzamy się na sytuację pełną cierpienia i niepewności jest to nasza wina, a nie innej osoby. Tylko MY możemy coś z tym zrobić" ( "Dzień po dniu w Al-Anon")
Cóż, przyznam, że nic z tego nie rozumiem. Niby mamy uznać swoją bezsilność, ale jeśli zgodzimy się na sytuację pełną cierpienia - to będzie to nasza wina...
Na moim przykładzie:
Mąż - nałogowy hazardzista. Wiem o sprawie od roku, przyznał się. Ja - oczywiście współuzależniona. Dwójka malutkich dzieci, w tym jedno nie ma jeszcze nawet dwóch lat. Dług - jak na moje siły i wyobrażenia - makabryczny.
Leczenie - jak na razie dość mgliste, bo inaczej tego nie da się nazwać; czeka na terapię zamkniętą, ale to dopiero za ok. 2 miesiące. Jeździ na mitingi (ale bardzo rzadko, po pierwsze - daleko, to cała wyprawa, po drugie - praca, po trzecie - sama już nie wiem co), do terapeuty nie chodzi (chodził, ale stwierdził, że Mu nie pomógł). No chyba że o czymś nie wiem.
I teraz sytuacja taka, że myśleć się nawet nie chce. Nie wiem nawet, czy nasz związek w ogóle istnieje (istniał?!?)
Nie godzę się na Jego kłamstwo. Jest to dla mnie odrażające. Skoro i tak już wiem, w czym rzecz, to po co kombinować i kłamać nadal? Po co utrzymywać się w wygodnej dla hazardu sytuacji: "Jak zagram, powiem sam. Proszę, bez nagabywania." Ale niestety, taka opcja nie wchodzi w grę, bo już się nie sprawdziła, tzn. grał i nie powiedział sam.
Nie jestem typem policjanta, nie sprawdzałam i nie sprawdzam Mu kieszeni, szuflad, rzeczy osobistych. Nie kontroluję w żaden inny sposób. Wiem doskonale, że na nic się to zda. Owszem, zdarzylo mi się to jeden jedyny raz: po Jego próbie samobójczej przeszukałam wszystkie Jego rzeczy, moje rzeczy, wszystkie kąty, pocztę internetową. Płacząc jak ta nienormalna i z trzęsącymi się z szoku rękami. Szukałam czegoś, co mógł zostawić dla mnie, jakiejś wiadomości, którą być może zostawił mi przed śmiercią, o której sam postanowił. Kołatała mi się również po głowie myśl, że może ktoś Mu groził i teraz zagraża również nam. Nie było jednak nic... a mi oczywiście dostało się po głowie, jak śmiałam przeszukać jego rzeczy, jego pocztę (po powrocie ze szpitala od razu założył hasło). Faktycznie, co też mi przyszło do głowy?!? Przecież sytuacja całkiem zwyczajna, pełne bezpieczeństwo, jednym słowem wszystko w porządku. Przecież nie umarł, jak stwierdził. Co oznacza, że nie miałam prawa. Wybaczcie mi wszyscy hazardziści, bo będę teraz generalizować, ale Wasza nadwrażliwość, rozkapryszenie i ucieczka za wszelką cenę od jakiegokolwiek upokorzenia jest absolutnie beznadziejna.
Skoro więc On nie chce być pytany (w jego rozumieniu tłumacz: nagabywany), ustalamy, że dla mojego spokoju ducha i dla poczucia choćby minimalnego bezpieczeństwa, będzie codziennie zaznaczał w terminarzu znaczek, żebym wiedziała, że dzień był w abstynencji. Mimo, że ów terminarz stoi na lodówce, a więc tuż przed Jego oczami gdy wchodzi do kuchni - On zapomina się wpisywać. Czy to zadanie ponad Jego siły? Potem, nasza sprzeczka i moje słowa w złości: "zrobię, jak będę chciała" On kwituje hasłem: "To ja też będę robił, co będę chciał i nie zamierzam się więcej wpisywać. Myśl sobie, co chcesz." Jednym słowem rewelacja.
Powiedzcie mi nałogowi hazardziści, dlaczego upokorzeniem jest wrócenie wieczorem do domu i powiedzenie żonie z uśmiechem czegoś w stylu: nie grałem, udało się przeżyć dobrze kolejny dzień. Przecież to powód do chwały! To nie, odwrotnie, to jest upokorzeniem, lepiej stwierdzić: powiem, jak zagram. Myślę też, że jak coś jest napisane, to masz człowieku czarno na białym dowód własnego kłamstwa, o ile napisałeś nieprawdę. Trudniej się od tego ucieka, prawda?
A wracając do współuzależnienia i do mojego Męża: mam prawo wiedzieć, jak minął Ci dzień. Dotyczy on bowiem również mnie i naszych dzieci. Nie zamierzam Cię ani kontrolować, ani zmuszać do większego zaangażowania, do leczenia. Każdy ma prawo wymagać dla siebie szacunku i ja tego wymagam dla siebie. Nie dotrzymałeś słowa, a to nie jest szacunek.
Beata
Awatar użytkownika
Andrea
 
Posty: 161
Rejestracja: 13 Sty 2006, 11:54
Miejscowość: Kielce

Postprzez admin » 01 Maj 2006, 11:20

Andrea napisał(a):Powiedzcie mi nałogowi hazardziści, dlaczego upokorzeniem jest wrócenie wieczorem do domu i powiedzenie żonie z uśmiechem czegoś w stylu: nie grałem, udało się przeżyć dobrze kolejny dzień. Przecież to powód do chwały!


pewnie że to powód do chwały. Ale pod warunkiem że zaakceptowało się fakt że jestem hazardzistą. W przeciwnym wypadku - ...

Dzień z niegraniem do szczęśliwy dzień.

admin
Admin
Awatar użytkownika
admin
 
Posty: 880
Rejestracja: 05 Paź 2005, 20:00
Miejscowość: Warszawa

Postprzez Janusz » 01 Maj 2006, 13:00

Andrea, mi osobiście w zdrowieniu przeszkadza brak pokory- przekora ( na złość żonie odmrożę sobie uszy ) zwłaszcza, jak czegoś nie potrafię, nie stać mnie na coś, a ktoś naciska. Dzisiaj moja żona zapytała mnie po raz kolejny: ile pieniędzy straciłem na giełdzie ? I ja po raz kolejny odmówiłem odpowiedzi, chociaż nie gram 9 miesięcy. Dlaczego tak robię ? Bo dzisiaj nie stać mnie na to. Jestem w trakcie robienia rachunku finansowego związanego z 4. krokiem. Może jak wyznam tę swoją tajemnicę w 5. kroku ( Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi), to łatwiej będzie mi powiedzieć to mojej żonie. Moze wtedy nie będzie to upokorzeniem, a właśnie przejawem pokory czyli bycia prawdziwym sobą. Wiem, ze potrzebuję czasu, aby skorzystać z pomocy ludzi i Boga. "Powoli, lecz pewnie" i "Daj czas czasowi"- to hasła , ktorymi kieruję się w swoim zdrowieniu.
A co do chwały z powodu zachowania abstynencji od hazardu. Uważam, że abstynencja jest darem od Siły Większej niz moja własna, a moim zadaniem jest przy pomocy m.in. AH zachować ten dar przez jeden dzień. I tak dzień po dniu. Jestem przekonany, ze w tej sytuacji chwała należy się Bogu, a nie mnie :) i warto mi o tym pamiętać, aby nie popaść w pychę.
Pozdrawiam i życzę pogody ducha, odwagi oraz mądrości.
Janusz
p.s. A pod tym adresem mozna znaleźć opowiadanie, które skojarzyło mi się z pychą i pokorą http://www.adonai.pl/?id=opowiadania/du ... &action=48
Nie bądź pyszny, bo zje Cię choroba- kompulsywny hazard ! :)
Janusz
 
Posty: 625
Rejestracja: 25 Mar 2006, 23:58
Miejscowość: mazowieckie

Postprzez Andrea » 01 Maj 2006, 14:08

Nie wytrzymam :grin: co za opowiadanie :grin: :grin: :grin:
Pozdrawiam wiosennie i dzięki za Wasze odpowiedzi!
Awatar użytkownika
Andrea
 
Posty: 161
Rejestracja: 13 Sty 2006, 11:54
Miejscowość: Kielce

Postprzez anwaz » 01 Maj 2006, 15:54

Andrea napisał(a): Niby mamy uznać swoją bezsilność, ale jeśli zgodzimy się na sytuację pełną cierpienia - to będzie to nasza wina.
Cześć Andrea uznanie swojej bezsilności nie jest jednoznaczne z akceptacją na cierpienie. Jesteśmy bezsilni wobec choroby jaką jest hazard i nic na to nie możesz poradzić ze twój mąż jest hazardzistą. Lecz możesz zrobić wiele żeczy aby uchronić siebie przed cierpieniem którym cie obarcza. Możesz zabespieczyć siebie przed konsekwencjami jego gry. A uczestnictwem w terpapii nauczyć się żyć z chorą osobą jaką jest hazardzista.
Powiedzcie mi nałogowi hazardziści, dlaczego upokorzeniem jest wrócenie wieczorem do domu i powiedzenie żonie z uśmiechem czegoś w stylu: nie grałem, udało się przeżyć dobrze kolejny dzień
Andrea dopóki będziesz traktować hazardzistę jak osobę zdrową która potrafi wziąć odpowiedzialność za to co mówi i czyni nie jesteś wstanie zrozumieć jego działania. Nie wymagaj od chorego człowieka aby się zachowywał normalnie on jest przecież w pętli uzależnienia i dopóki nie zacznie pracować nad sobą to nic się nie zmieni w jego zachowaniu. Choćby nawet szczerze tego chcial i ci mówi o chęci zmian w sobie to nie jest wstanie dotrzymać swoich postanowień. Dopiero powolna praca nad sobą może pozwolić mu powrót do normalnego funkcjonowania i na odpowiedzialność za to co mówi. Tak więc pomóż sobie a być może tym samym pomożesz jemu.
Przepraszam za zbyt może chaotyczną wypowiedż ale pisałem to z głebi serca.
Pozdr...ANWAZ...
Uczę się żyć od nowa
i poznaje siebie na nowo
Awatar użytkownika
anwaz
 
Posty: 2374
Rejestracja: 05 Paź 2005, 20:24
Miejscowość: Poznań

Postprzez Kasia » 01 Maj 2006, 20:04

Andrea, myślę,że często mylimy bezsilność z bezradnością.Rozumiem twoje rozterki związane z tym tematem. Też kiedyś było to dla mnie trudne do zrozumienia.Na dzień dzisiejszy rozumiem to tak: nie mogę zmienić choroby mojego męża, nie jestem w stanie spowodować by przestał grać i w ogóle nie jestem w stanie zmienić drugiego człowieka.Sytuacje związane z jego graniem powodowały niewatpliwie moje przygnębienia, cierpienia, rozpacz itd. ale ja podejmując świadomy proces zdrowienia (ja- z mojego współuzależnienia)- uczę się tak żyć, by to co robi mój mąż nie powodowało więcej cierpienia, bólu itd.Bo za moje uczucia jestem odpowiedzialna ja sama.I w tym sensie gdy czuję cierpienie muszę zdać sobie sprawę,że to moja wina. Mogę podjąć wiele działań, które mogą uchronić mnie od cierpienia- i w tym sensie nie jestem bezradna.Ale zdaje się ,że powtarzam to co pisał wyżej anwaz. Oczywiście, z drugiej tez strony nie mam zamiaru katować się poczuciem winy, gdy zdarzy mi się czuć źle z powodu zachowań hazardzisty. Jestem tylko niedoskonałym człowiekiem, i choćbym nie wiem ile terapii przeszła jestem z krwi i kości i już, popełniam błędy. Tylko zdaję sobie sprawę, że to ja jestem za nie odpowiedzialna, nikt inny.
Mnie też wydawało się logiczne, że gdy już wiem,że on gra, to po co miałby nadal kłamać.Ale niestety kłamał nadal, dopóki sam świadomie nie zaczął tego zmieniać.A tak jeszcze z innej beczki- czy te zapisywanie znaczków w kalendarzu nie jest to przejaw kontroli... Uwierz mi ja też nie jestem typem policjanta- jestem współuzależniona i tak mam, ale sczęściem już nie w takim wymiarze jak kiedyś.Pozdrawiam cię Andrea bardzo serdecznie, odzywaj się częściej! Kasia
Kasia
 
Posty: 162
Rejestracja: 08 Paź 2005, 21:19
Miejscowość: Poznań

Postprzez Andrea » 04 Maj 2006, 09:12

To zapisywanie w kalendarzu - nie jest to przejaw kontroli, jako że ustalony razem i wspólnie też zaakceptowany. Piszecie, że osoba współuzależniona ma przestać żyć w ciągłym niepokoju o partnera hazardzistę, może zrobić wiele dla siebie i zabezpieczyć się przed cierpieniem, którym ją haradzista obarcza. Tak wiem, oczywiście i tak właśnie staram się robić. Jeśli mam jednak żyć z hazardzistą, o którego nałogu wiem, nie zamierzam dalej tolerować jego kłamstwa, czy choćby ukrywania i tymczasowego nie mówienia prawdy. To tymczasowe właśnie nie mówienie jak się sprawy mają (czyli "sam powiem, jak zagram") jest dla mnie nie do zaakceptowania. Dobrze wszyscy wiedzą, jakie to jest napięcie. Ja właśnie zabezpieczam się przed tym cierpieniem - to jest dla mnie minimum poczucia bezpieczeństwa, być może przynajmniej na razie tak to jest. I mojego hazardzistę stać na to, by każdego dnia wieczorem napisać OK w kalendarzu (jeśli faktycznie było OK), jeśli nie stać Go na to, by to powiedzieć. I nie ma tu żadnego upokorzenia dla Niego, to jest właśnie upokorzenie dla mnie. Pewnie znowu będę generalizować, więc wybaczcie mi nałogowi hazardziści, ale piszecie o braku pokory, o upokorzeniach które Was dotykają - a może byście tak NAPRAWDĘ postarali się zobaczyć, jak wielkiego upokorzenia doznaje Wasza żona, partnerka. Tylko trzeba chcieć to zauważyć. Nie roztrząsam tu, kto ma gorzej, a kto lepiej, kto doznaje większego upokorzenia, a kto mniejszego, bo to absurdalne i zupełnie nie o to mi chodzi. Tylko żeby to łaskawie ZAUWAŻYĆ i skoro hazardzista potrzebuje spokoju, to jak bardzo spokoju potrzebuję ja, współuzależniona :-(
Andrea
Awatar użytkownika
Andrea
 
Posty: 161
Rejestracja: 13 Sty 2006, 11:54
Miejscowość: Kielce

Postprzez Kasia » 04 Maj 2006, 14:13

Andreo, nie było moim zamiarem wypunktować cię o ten kalendarz. Chciałam tylko zauważyć, że moim zdaniem uzależniasz swoje samopoczucie czy minimalne poczucie bezpieczeństwa od tego znaczka, czyli od tego czy grał czy nie. No bo jeśli znaczek będzie ok to czujesz się też ok ( powiedzmy w miarę) a jeśli znaczek będzie nie ok, to twoje uczucia będą też nie ok.Według mnie w tym aspekcie nadal kręcisz sie wokół męża, wokół tego czy zagra czy nie.To jest właśnie to co mamy wspólnego-współuzaleznienie.
Piszesz,że nie tolerujesz jego kłamstw. pewnie, nikt nie chce byc okłamywany czy oszukiwany, ja też nie toleruję kłamstwa jako takiego. Ale wiem, że jedyną osobą od której tak na prawdę mogę wymagać uczciwości jestem ja sama. Masz jakiś sposób by spowodować taką zmianę u męża by przestał kłamać. Czy sądzisz ,że nie będzie tego robił tylko dlatego że ty tego nie tolerujesz? Szczerze mówiąc bardzo wątpię.Jest chory, jego pojęcie uczciwości bardzo rózni się od naszego.Możesz ochronić się przed jego kłamstwem nie oczekując od niego żadnej odpowiedzi w temacie czy był grać.
Jeśli sama twierdzisz ,że jest to dla ciebie upokorzenie ( jego ok w kalendarzu) to zrezygnuj z tego! Jesteś wartościową osobą i nie musisz narażać się na upokorzenie, a tym bardziej sama je sobie fundować!Nie musisz przeżywać upokorzeń!Jeżeli je przeżywasz i godzisz się na nie, to jest to twój wybór i twoja decyzja.I ty jesteś za nią odpowiedzialna.Wiem ,że to twarde słowa, wiem też że nie da się tak trudnych problemów załatwić kilkoma postami, to jest długi proces świadomego zdrowienia,ja osobiście bez terapii i działania Siły Wyższej nie wyobrażam sobie powrotu do normalności.Życzę ci dużo pogody ducha, mimo wszystko,siły i wytrwania!Mam nadzieję,że spotkamy się 3 czerwca w Warszawie,Kasia
Kasia
 
Posty: 162
Rejestracja: 08 Paź 2005, 21:19
Miejscowość: Poznań

Postprzez kaśka » 04 Maj 2006, 22:35

Witaj Andrea,

ten "wspólnie" zaakceptowany i ustalony sposób zapisywania w kalendarzu, kiedy twój mąż grał a kiedy nie grał to dla mnie - wybacz ostre słowa - po prostu koszmar. To jest kontrola do n-tej potęgi, to z twojej strony wymóg - nie mówię już, że nierealny i upokarzający - żeby ta druga osoba zdawała raport ze swojego zachowania. Nie wierzę we wspólne zaakceptowanie tej metody, a na pewno nie wierzę w dobrowolne zaakceptowanie jej przez twojego męża. Jak znam życie i hazardzistów, to twój mąż zgodził się na takie "rozwiązanie", żeby mieć święty spokój, bo innego sensu takiego działania nie widzę.
Andrea, zastanów no się, co to zmienia, że dziś będzie w kalendarzu znaczek "nie grałem" a za dwa dni znaczek "grałem"? Co wtedy zrobisz, jak bedzie znaczek "grałem" wyprowadzisz się, będziesz wrzeszczeć, płakać, przeprowadzisz zasadniczą rozmowę? Po prostu co ci to daje, że wiesz kiedy grał a kiedy nie grał? Lepiej się czujesz, w czymś ci to pomaga? Przecież to absolutnie nic nie zmienia!!!
Jeżeli nie chcesz być upokarzana, to odpowiedz sobie szczerze na pytanie: co JA mogę zrobić, żeby czuć się lepiej, żeby nie czuć się upokarzana, a nie co ON ma zrobić, żebym ja się czuła dobrze. To wszystko co opisujesz, to jest sedno, kwintesencja współuzależnienia, wydaje ci się - naprawdę, uwierz w to, że tylko ci się wydaje - że o twoim samopoczuciu decyduje zachowanie innej osoby, a to nieprawda. To ty decydujesz o tym, jakie uczucia budzą się w tobie, to ty musisz być świadoma tego, co chcesz osiągnąć a nie ktoś inny, żeby nawet nie wiem jak bliski. I każdy z nas, współuzależnionych jest w stanie to zrobić, ale bez profesjonalnej pomocy w postaci terapii jest to prawie niemożliwe.
Dam ci przykład z mojego życia: w okresie, kiedy już dowiedziałam się, że mój mąż jest hazardzistą, że przegrał koszmarnie dużo kasy i kiedy on poszedł już na terapię, wreszcie po jakimś czasie ja też zdecydowałam się pójść na terapię dla współuzależnionych.
W tym czasie mieszkaliśmy w małym, dwupokojowym mieszkanku, 42 m2 we trójkę i mnie było w tym mieszkaniu już za ciasno, nie mogłam w nim odpocząć po pracy, nie miałam swojego kąta, bo w jednym pokoju córka a w drugim my we dwoje, czyli salon, sypialnia, jadalnia, wszystko w jednym pokoju 14-to metrowym.
Ja chciałam zmienić mieszkanie, mój mąż był - jak zwykle w takich sytuacjach - przeciwny. Twierdził - nie bez racji - że nie mamy pieniędzy (dlaczego - wiadomo), że po co mi większe mieszkanie, skoro całe dnie i tak jestem w pracy, że tu jest fajnie, itp, itd.
A ja szalałam, bo z jednej strony już nie mogłam w tym mieszkaniu wytrzymać, a z drugiej strony uważałam, że muszę się liczyć z jego zdaniem. I miotałam się jak idiotka w obrębie własnych wyobrażeń i przekonań z czym ja powinnam a z czym nie powinnam się liczyć.
I dopiero na terapii, kiedy opowiedziałam o tym właśnie problemie, z jakim się borykam, dostałam tzw. zwroty od moich kolegów i koleżanek z grupy: powiedz wyraźnie czego chcesz, to co z tym zrobi twój mąż, jak zareaguje to jest JEGO problem, nie prorokuj, nie zamartwiaj się tylko powiedz czego chcesz.!
I tak zrobiłam i moj mąż powiedział...OK, przeprowadzamy się! Czy dlatego, że chciał, czy dlatego, że bał się, że jak powie nie, to ja i tak to zrobię - nie wiem i nie chcę wiedzieć, a tak naprawdę to mi to wisi. Jest dorosłym człowiekiem i podjął taką a nie inną decyzję. I koniec pieśni. Dorośli ludzie tym się charakteryzują, że podejmują decyzje dotyczące swojego życia, ale nie życia innych ludzi.
I tu wracamy z powrotem do twojej sytuacji: podejmij jakąś decyzję, zadecyduj czego chcesz i to zrób. Nie oczekuj, że ktoś będzie się tak zachowywał, żeby tobie było dobrze. To brzmi brutalnie i okrutnie ale przynosi rezultaty, które przekroczą twoje najśmielsze oczekiwania, bo zaczniesz być traktowana jak dorosły, pewny siebie i swoich możliwości człowiek a nie jak kłębek rozpaczy, codziennie sprwadzający kalendarz: zagrał czy nie zagrał. Masz dwójkę dzieci i sama jako matka wiem, do czego jest zdolna kobieta, która musi chronić swoje dzieci, więc wiem, że jestes w stanie - bo musisz - zadbać o siebie i dzieci. Więc zrób to i na to poświęć swoje siły a nie na sprawdzanie kalendarza i filozoficzne rozważania o tymczasowym nie mówieniu prawdy.
Sorry za ostre słowa, ale jak widzę-czytam, ile energii, wysiłku, zachodu idzie w diabły na bezsensowne zachowania, które nic nie dają poza kalendarzowo porcjowanym cierpieniem, to szlag mnie trafia. Mam nadzieję, że spożytkujesz tę energię z lepszym skutkiem, dla siebie.

Pozdrawiam serdecznie, Kaśka
kaśka
 
Posty: 1357
Rejestracja: 16 Lis 2005, 20:53
Miejscowość: Szczecin

Postprzez Andrea » 05 Maj 2006, 07:50

kaśka napisał(a):"wspólnie" zaakceptowany i ustalony

ach, ten znaczący cudzysłów ... :-)
kaśka napisał(a):nie wiem i nie chcę wiedzieć, a tak naprawdę to mi to wisi. Jest dorosłym człowiekiem i podjął taką a nie inną decyzję. I koniec pieśni

A mi to nie wisi :-)
Po ostatnim graniu (piątek, potem poniedziałek) mój Mąż po prostu wyprowadził się z domu, mówiąc na odchodnem: cześć. I ja i Jego wspólnik mieliśmy jeden żal: dlaczego nie powiedział już w piątek? Przecież SAM zapewniał nas, że jak zagra, to powie. No cóż, rozumiem, że jako osoba chora nie mógł mnie "zapewnić" co do niczego. Ale głównym powodem "nie powiedzenia" było to, że jak się nie przyzna, to w poniedziałek znów pójdzie grać i... pewnie się odegra. Albo i nie, kto to może wiedzieć. A gdyby nam powiedział, być może (co podkreślam: BYĆ MOŻE, nie jestem już taka naiwna) po rozmowie z nami, z ojcem lub terapeutą, nie poszedłby grać znów w poniedziałek. Nikt się nie pieklił o przegrane pieniądze. Chodziło o to, by POWIEDZIEĆ, by sobie tym pomógł i nie pogrążał się coraz bardziej. Co piszecie tu na forum ludziom po wpadkach? : "Wiesz, co masz robić, leć na miting, zadzwoń, pogadaj." Właśnie. Ratuj się człowieku. OK, ja Go nie uratuję wiem to od dawna, skoro sam nie będzie tego chciał DLA SIEBIE.
Wyprowadzka, to było coś w stylu "nie chcę, abyśmy się nie znienawidzili, rozstanie jest konieczne, nie chcę Ci robić nadziei bo sam jej już nie mam, itd." i ... z braku innych możliwości, zamieszkał u swoich rodziców. No tak, zostaję sama z dwójką malutkich dzieci, rodziców mam 200km stąd, na pomoc (a zwłaszcza zrozumienie) tutaj liczyć nie mogę (Teściowie nawet raz nie zadzwonili spytać, JAK I CZY W OGÓLE daję sobie radę, jeśli o coś pytali, to dwa razy telefonicznie, jak dzieci, czy nie tęsknią za ojcem. Owszem, tęsknią, ale nie tylko dzieci, ja też. Ale to już inna historia.)
I jeśli chodzi o moje decyzje, by SOBIE pomóc, to owszem, były i są. Skoro podjął decyzję o wyprowadzce, to ja przyjęłam do wiadomości, że z nami już nie mieszka. Nie zgodziłam się na wpadanie do domu, kiedy Mu się żywnie podoba, kiedy zapragnie widzieć się z dziećmi. Chciałam ustalić konkretne dni odwiedzin, i to odwiedzin w sensie zabierania dzieci "do siebie", żeby wiedziały, że Tata już z nami nie mieszka, żeby nie mącić im w głowach. I tak nic z tego nie rozumiały. I żeby choć raz na dwa tygodnie zabrał je na weekend. I tak było, choć oczywiście reakcja była bardzo niemiła, że jak to, że to chyba nie dla dobra dzieci ale dla mojej tylko wygody, bo chcę mieć czas dla siebie, itp. itd. Ale dezja była stanowcza: owszem, chcę też mieć czas dla siebie. Powiedziałam też, proszę zabierz wszystkie swoje rzeczy, żebym nie musiała na nie patrzeć np. za każdym razem, gdy otworzę szafę z ciuchami, żeby mi nie robić nadziei, żeby mi Ciebie nie przypominały. I co? Wziął rzeczy najpotrzebniejsze, a resztę zabiorę, jak będę miał je gdzie upakować, bo u rodziców nie ma miejsca, itp. itd. :-) Bardzo to wszystko wesołe, rzeczywiście.
Po raz kolejny usłyszałam też, że konieczna jest separacja (najpierw miał być rozwód, ale zrezygnował z niego z sobie wiadomych powodów). Postanowiłam, że więcej nie chcę słuchać tego typu "straszaków" i powiedziałam, że wobec tego w porządku, ja złożę pozew o separację, no bo chyba ja powinnam, o cóż on miałby mnie pozywać. No faktycznie, stwierdził. Następnego dnia skompletowałam wszystkie dokumenty i złożyłam pozew w sądzie. Tak więc nie jest to tak, że żyję tylko Jego życiem. Robię co w mojej mocy, by i praktycznie i duchowo zadbać o dzieci i o siebie. Ale na Jego życiu zależy mi też wcale nie mniej niż kiedyś.
Po ponad miesiącu takiego mieszkania i niepewności postanowiłam, że wyprowadzam się z tego miasta i wracam do domu rodzinnego, bo muszę mieć pomoc, sama dłużej nie dam rady. Przeraziła Go myśl, że wyjeżdżamy, mnie też to przeraziło, przyznaję. Chciał wrócić do domu, na razie zamieszkać, pomóc w domu przy dzieciach; bez nagabywania, trochę ulgowo przed planowaną na lipiec terapią zamkniętą. Zgodziłam się, choć bez fajerwerków, ale powiedziałam, że chcę wiedzieć każdego dnia, że dzień minął Mu w abstynencji. Wymyśliłam więc kalendarz, skoro odmówił, mówienia codziennego wieczorem. Jeśli wymyśli coś innego, by mnie uspokoić, nie ma sprawy, też się godzę. Na razie tak miało być i nawet któregoś dnia stwierdził, że musi sobie rozpisać legendę (!!!) znaczków, czym mnie wprawił w prawdziwe osłupienie. To super, pomyślałam sobie, wyobrażałam sobie, że pracuje nad sobą, analizuje swoje zachowanie i np. puszczenie totolotka za złotówkę uznał za złamanie abstynencji i źle się z tym czuł. I przy OK pojawił się minus... :-)
I tyle, sprawa po tygodniu wzięła w łeb, o czym już pisałąm. Czy Mu się już nie chce, czy uznał, tak jak Kaśka pisze, że to totalna kontrola i on nie zamierza więcej, nie wiem. Pogodziłam się z tym, że słowa nie dotrzymuje. Po co ten kalendarz? Nie uzależniam od znaczków swojego dobrego samopoczucia :-) chodzi mi o możliwość szybkiego zareagowania w sytuacji kryzysowej. Właśnie o rozmowę, pewnie nie ze mną, bo ze mną nie chce gadać, ale z ojcem lub z przyjacielem lub z kimś, do kogo chciałby się zwrócić. Tyle, że najprawdopodobniej nie chciałby się właśnie zwrócić. Choć nigdy nic nie wiadomo, nie znam człowieka, który częściej zmieniałby zdanie :-) Chodzi mi o ratowanie Go przed sobą samym, przed złudnym "nikogo nie będę prosił o pomoc, nikogo nie potrzebuję" i potem użalania się nad sobą. I znów Kaśka napiszesz mi, że ja go nie uratuję :-) i napiszesz jeszcze "zajmij się kobieto sobą" :-) Strasznie to wszystko skomplikowane. No nic, sprawa kalendarza nieaktualna.
Zastanawiające jest to, że tylko osoby współuzależnione tak mocno analizują, co jest kontrolą, a co nie, a może raczej co nam się wydaje.
Hazardziści potraktowali problem zgoła inaczej.
Spójrzcie:
admin pisze, że powiedzenie żonie wieczorem, nie grałem udało się przeżyć dobrze kolejny dzień, to powód do chwały, o ile zaakceptowało się fakt, że jest się hazardzistą;
Janusz pisze o braku pokory, która przeszkadza Mu w zdrowieniu najbardziej i o tym, że teraz jeszcze nie stać Go na to, by powiedzieć [...];
a anwaz pisze o pracy nad sobą.
:-)
Pozdrawiam Was serdecznie i wiosennie
Andrea
Awatar użytkownika
Andrea
 
Posty: 161
Rejestracja: 13 Sty 2006, 11:54
Miejscowość: Kielce

Postprzez asia » 05 Maj 2006, 13:15

Andrea, piszesz że chcesz go uratować przed samym sobą. A jak? Kontrolą? Trzymaniem za rękę? Wsparciem duchowym czy nie daj Boże materialnym? Jeżeli on wyraźnie mówi, że niczego i nikogo nie potrzebuje to zapewne tak jest. Ja też nikogo i niczego nie potrzebowałam. Tylko pieniędzy i żeby nikt nie wtrącał się w moje życie. To właśnie dawało mi komfort gry.
Kasia naprawdę Ci mądrze napisała, zajmij się sobą i dziećmi.
Póki co on chce i musi grać. Zrób to co możesz, separację, intercyzę, alimenty. Dopóty, dopóki Twój mąż nie poniesie konsekwencji swojej gry, nic nie zrobisz.
W tym miejscu wpisujemy mądre zdanie albo niemądre, ale za to koniecznie po angielsku.
asia
 
Posty: 4859
Rejestracja: 19 Paź 2005, 09:55
Miejscowość: Warszawa

Postprzez Kasia » 05 Maj 2006, 14:52

Sądzę,że jeśli osoby współuzależnione tak bardzo analizują problem konrtoli to znaczy pewnie,że jest dla nich ważny. Dla mnie jest. Ważne dla mojego zdrowienia było to,że zaakceptowałam moje przejawy kontroli jako jeden z symptomów współuzależnienia,jako coś, co wcześniej w literaturze, przez specjalistów zostało już nazwane, wymienione, jako coś co dotyczy takich osób jak ja. Gdy przeszukiwałam mężowskie rzeczy osobiste czułam się strasznie,nie miałam o sobie zbyt dobrego zdania, to co robiłam było dla mnie ochydne i poniżające. Ale tak się działo bo tkwiłam po same uszy we współuzależnieniu. Ulżyło mi gdy na terapii dowiedziałam się że inne też tak mają, że są sposoby by się tego pozbyć. Hazrdziści inaczej traktują ten problem, no pewnie bo to nie jest ich problem, tylko nasz!
Andrea,wiem że nie jest ci lekko, że niekiedy problemy, które sie piętrzą przygniatają ogromnym ciężarem.Ale po tych trudnych czasach na prawdę przychodzą lepsze, jeśli tylko nauczymy się zmieniać na lepsze to, co można zmienić, a z resztą dać sobie spokój.
A ja osobiście bardzo się cieszę,że jesteś na forum, nie ma nic gorszego niż sądzić,że jestem sama na świecie ze swoim problemem i nikt mnie nie rozumie.Trzymaj się!Kasia
Kasia
 
Posty: 162
Rejestracja: 08 Paź 2005, 21:19
Miejscowość: Poznań

Następna

Wróć do Mój partner jest Hazardzistą

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] oraz 3 gości

cron